poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Choroba w USA

Chorować w obcym kraju nie jest łatwo, a w Stanach w dodatku koszmarnie drogo. Ostatnie dni spędzam właśnie w łóżku, na kanapie, faszerując się antybiotykami. Poprawy jak narazie nie ma, a co gorsza dopadło mnie jeszcze zapalenie zatok. 
Dzięki mojej łatwości w przyswajaniu wszelakich bakterii miałam okazję zobaczyć, jak wygląda leczenie w USA. I na samym początku mogę tylko powiedzieć, że świetnie! Poszłam do prywatnej kliniki, gdzie zapisać mogłam się rano, a na wieczór miałam wizytę. Po wejściu do budynku, zobaczyłam już na wyświetlaczu moje imię i nazwisko i godzinę wizyty. Najpierw jednak musiałam podpisać serię dokumentów, m.in. potwierdzenie zapłaty już na początku 100 dolarów, zanim nawet weszłam do gabinetu. Kolejne dokumenty były to oświadczanie, że zobowiązuje się zapłacić resztę (jakakolwiek będzie), po wyjściu z gabinetu. Była też adnotacja, żeby zapytać się przed wejściem ile wizyta może kosztować, żeby potem nie skarżyć nikogo o niedoinformowanie jeśli koszt wyniósłby powiedzmy 1000 dolarów. Zrozumiałam z tego tyle, że jeśli ktoś się nie zapyta, to może taki rachunek dostać. Mi powiedziano, że koszt to około 300 dolarów. Wyjścia nie miałam.
Sama wizyta rozpoczęła się od wywiadu, co boli, na co choruje, jakie objawy itd. Potem pielęgniarka pobrała mi wymaz z gardła do badania i powiedziała, że lekarz przyjdzie do mnie z wynikiem. Pojawił się lekarz po 15 minutach i powiedział mi, że mam strep throat i scarlet fever (?). Dopiero było moje przerażanie w domu, jak przetłumaczyłam sobie to na szkarlatynę!

Lekarz powiedział swoje i znowu zostałam sama, po chwili przyszedł pielęgniarz z lekami, które dostałam już od razu na miejscu. Dostałam też cały pakiecik z broszurami co to za choroba, jak ją leczyć i jakie mogą być powikłania. 

Ogólne wrażenie z kliniki mam bardzo dobre. Wielki plus za wykonanie badani na miejscu, a nie zgadywania co to może mi być. Dodatkowy plus za podanie mi leków na miejscu i wytłumaczenie co mi właściwie jest i jak długo potrwa. 

Zanim chorowałam moje dni w San Francisco były całkiem fajne. Na początku lipca byłam w Mendocino County, gdzie lubię chodzic po lesie. Potem już w SF, zaczęłam pracować z dziećmi na rowerach. 


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...