F

poniedziałek, 13 lipca 2015

4 Lipca

Dzień 4 lipca, tak hucznie obchodzony w Stanach spędziłam w małej miejscowości Willits na północ od San Francisco. To stamtąd pochodzi J. i jego rodzina i to z nimi wybraliśmy się na obchody święta - chyba najważniejszego w całym roku dla Amerykanów, którzy swoją narodowość podkreślają nie tylko w ten dzień. Normalnym widokiem w ciągu innych dni są ludzie ubrani w koszulki z flagą, albo czapki w kolorach narodowych. Najczęściej jednak w małych miasteczkach, gdzie jeździ się wszędzie samochodem, a dom bez flagi przed domem jest jakby nie-domem.

We wspomnianym Willits odbywała się parada na głównej ulicy. Trwała ponad godzinę! Wyobrażacie sobie ponad godzinną paradę i to w prażącym słońcu przy 40 stopniach? Oznacza to, że w każdej minucie musiał przejechać co najmniej jeden powóz. Co rzuciło mi się w oczy ( być może dlatego, że właśnie wróciłam z Polski), to że większość mieszkańców była ubrana po prostu w krótkie spodenki i t-shirt. W Polsce na takim święcie kobiety na pewno założyłyby najlepsze sukienki i wysokie obcasy, a mężczyźni koszule, a może nawet marynarki i krawaty. Tutaj panował pełen luz, troszkę hippisowki, trochę jak na dzikim zachodzie. Był nawet pojedynek na środku ulicy z bronią, ale nie zdążyłam uwiecznić. 

Po paradzie wszyscy poszli do parku, gdzie za wcześniej wykupione kupony można było dostać sałatkę, z tak słynnym w Stanach ranch dresssing, gumową bułkę i masełko, stek i gotowaną kukurydzę. 



















0 komentarze:

Prześlij komentarz

Copyright © 2015 Before Sunset
| Distributed By Gooyaabi Templates