niedziela, 28 grudnia 2014

W drodze

Im bardziej posuwaliśmy się na północ tym pogoda stawała się coraz mniej kalifornijska i zaczęła przypominać tą znaną mi z grudniowych dni w Polsce. Może nawet nie grudniowych, ale na pewno listopadowych.

Droga do domu J. jest pełna zakrętów i wzniesień, nie wyobrażam sobie tutaj jechać, kiedy spadnie śnieg. Zanim jednak dotrzemy do królestwa sekwoi, przejeżdżamy przez malownicze doliny, otoczone o tej porze roku, przez zielone wzgórza. Na wzgórzach pasą się krowy i znajdują się pojedyncze domki. Co jakiś czas mijamy miejscowości, które tutaj określa się wszystkie miastami, tak jakby wsie w ogóle nie istniały. W miasteczkach najczęściej nie ma nikogo na chodnikach, panuje za to wzmożony ruch na ulicach i parkingach, które niczym nasze rynki pełnią rolę główną w tkance tych miast.



Zabytkowe budynki, pamiętające czasy Złotej Gorączki i wielkiego karczowania lasów, stoją przy głównej ulicy i pełnią rolę sklepów, albo restauracji. Mijamy szybko każde z tych świętych miejscowości jak San Ramon, Santa Rosa, San Miguel, nazwanych przez pierwszych osiedleńców z Meksyku. Nie znając USA zbyt dobrze, można by pomyśleć, że to królestwo fast foodów. My jednak wiemy, że żeby zjeść dobrze trzeba wyszukać meksykańską restauracje, gdzie burrito serwują wielkości przedramienia. Kiedy wjeżdżamy do Willits wita nas wielki napis na tablicy nad drogą z nazwą miasteczka. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, domki jednopiętrowe, małe kościołki, baptystów, protestantów, adwentystów, katolicki, szkoły, supermarket SafeWay, mały park i nie używana już prawie w ogóle stacja kolejowa, która niegdyś służyła do transportu drewna z tartaków. Teraz jedynie z jedną linią prowadzącą nad wybrzeże, a pociąg przyjeżdża raz na dzień.

Jest i muzeum miasta, gdzie można zobaczyć, że tereny te niegdyś były zamieszkane przez Indian, a głównym powodem przeprowadzki tu białych ludzi były lasy z sekwojami. Potrafię sobie wyobrazić, jak to kiedyś tu było. Wielki tartak pustoszący metr po metrze lasy z ogromnymi drzewami z czerwonym drewnem, wozy z końmi i lokomotywy buchające parą, czekające na załadunek. Główna ulica z pocztą, barem, kowalem, a po drodze przemykające konne powozy.

Dom, do którego jechaliśmy jest poza miastem, w środku lasu, gdzie prowadzi kręta i stroma droga. Łatwo się tutaj zgubić i można tak krążyć po tych wzgórzach w nieskończoność. Po wyjściu z samochodu uderzyło mnie od razu mroźne, polarne powietrze, przychodzące znad Kanady. Noc odetkany z długiego nieoddychania świeżym powietrzem, zakuł jakbym miała w nim tysiące szpileczek. Prawie jak w domu pomyślałam.


Powrót do San Francisco. Zawsze chciałam zobczyc taką wielka choinkę, jak w amerykańskich filmach, gdzie spełniają się marzenia. Pojechaliśmy wieczorem do centrum, żeby zobaczyc wystawy i choinkę na Union Squere. Przed wyjazdem powiedziałam do J., że centrum pewnie jest martwe dzisiaj o tej porze. Jak widac, bardzo się myliłam. Istny, poświąteczny szał zakupowy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...