F

środa, 3 września 2014

Redwoods

Długo nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo o czym. Z braku czasu, albo po prostu ze zmęczenia nie zwiedzam San Francisca, ani na rowerze, ani autobusem. Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni, ale ten tydzień znowu wyglądał tak, że dom będzie mi służył jedynie jako sypialnia.

Na szczęście Amerykanie mają też swoje święta i tak się złożyło, że miałam dwa dni z rzędu wolne. W niedzielę po pracy, po tym jak zmyłam z siebie cały kuchenny brud i zapach łososia z rąk, pojechaliśmy na północ do Mendocino county. Było gorąco, pogoda zmieniła się tuż za mostem, dlatego przezornie ubrałam szorty, a potem po każdym dłuższym postoju, jak miałam usiąść na rozgrzanej skórze to wisiałam tyłkiem w powietrzu.

Te dwa dni były super udane. Kilka rzeczy zrobiłam pierwszy raz w życiu. Numerem jeden było chodzenie po wyschniętym dnie jeziora, a numerem dwa było zjedzenie burgera w In and Out. Wybrałam burgera z sekretnego menu, czyli Double Double Animal Style.

W Kalifornii od około 5 miesięcy nie padało, możecie sobie więc wyobrazic jak sucho musi tutaj byc. Suchość czuć w powietrzu, w nozdrza wpada powietrze wypełnione zapachem umierającej, żółtej trawy. W południe temperatura przekracza 40 stopni Celsjusza, wieczory dają wydech, a poranki są najprzyjemniejszą częścią dnia. Spałam w dom w środku lasu z sekwojami (redwood trees). Budziłam się, a przez okno, które w nocy był otwarte, miałam drzewa zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ode mnie.

Był długi spacer nad jezioro, z którego woda wyparowała jak z odkręconej butelki zostawionej za kilka tygodni. Droga powrotna do San Francisco prowadziła przez małe miasteczka z jeziorami, tartakami, albo przez całe kilometry łąk i wzgórz. A za każdym razem jak mijaliśmy na takich pustkowiach jakiś dom to mówiliśmy do siebie nawzajem "Wyobraź sobie mieszkac tu". Ja, że z natury, urodzona w szerokościach geograficznych, gdzie latem potrafię spiec sobie skórę na raka, a zimą przypominam córkę młynarza, nie wyobrażam sobie mieszkania w 40 stopniowym upale przez 8 miesięcy w roku.

Po drodze było kilka miasteczek, które w Polsce zasłużyłyby na miano nazwy wieś typu ulicówka. W Stanach nie ma wsi, są tylko miasta. Najmniejsze jakie mijaliśmy miało 60 mieszkańców.


















cdn.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Copyright © 2015 Before Sunset
| Distributed By Gooyaabi Templates