F

środa, 31 grudnia 2014

Spacer Po Meksykańskiej Dzielnicy

Zabiegana, z powodu spraw życia codziennego, nie miałam wielu okazji, żeby wybrac się do jednej z najbardziej kolorowych dzielnic San Francisco. Mission, centrum życia meksykańskiego. To tutaj można zjeśc najlepsze burrito, a wchodząc do restauracji zapomina się, że jest się w USA i przenosi się prosto do gorącego Meksyku, gdzie na ścianach króluje Matka Boska, a ostre oznacza tak pikantne, że można rozpalic pewnie ogień przy pomocy jedzenia. Meksykanki o dużych biodrach, za pomocą szpatułek, szybko chlastają kolejne dodatki do naszych tortilli. Pack, pack, pack,jakie mięso? jaka fasola? pack! pack! Kolejna zawija wypełniony po brzegi placek, jakby miała w sobie tajemniczą zdolność pomniejszania tego co w środku. Następna zawija w sreberko i podaje do kasy.

Wszyscy tu są skądś. Najczęściej przybyli niedawno, ściągnięci przez rodziny, którym jakimś sposobem udało się przekroczyć granicę i po latach zdobyc papiery. Meksykanina z amerykańskim akcentem jeszcze nie spotkałam. W przypadku imigrantów z Chin (którzy stanowią tu 70% społeczeństwa)płynnie po angielsku mówią już dwa, urodzone tutaj pokolenia. W przypadków Latino (ludzi przybyłych z południa), hiszpański jest pierwszym językiem, a po angielsku większość mówi bardzo słabo, albo z wyraźnym akcentem.

Ja z moimi blond włosami wzbudzam nawet tutaj zainteresowanie. Dla meksykańskich mężczyzn, którzy przybyli tu niedawno, blond kobiety o niebieskich oczach, nadal wzbudzają 10 krotnie większe zainteresowanie niż rodzime kobiety, o włosach czarnych i grubych, a oczach brązowych jak ciemne piwo.

"Burrito dla Seniority" mówią, gdy moje zamówienie jest gotowe. Meksykańskie restauracje cieszą się wielką popularnością tutaj, ponieważ ceny są bardzo niskie, dostosowane do lokalnych mieszkańców. Oscylują między 6-8 dolarów i porcje są tak duże, że napełniają na cały dzień.


niedziela, 28 grudnia 2014

W drodze

Im bardziej posuwaliśmy się na północ tym pogoda stawała się coraz mniej kalifornijska i zaczęła przypominać tą znaną mi z grudniowych dni w Polsce. Może nawet nie grudniowych, ale na pewno listopadowych.

Droga do domu J. jest pełna zakrętów i wzniesień, nie wyobrażam sobie tutaj jechać, kiedy spadnie śnieg. Zanim jednak dotrzemy do królestwa sekwoi, przejeżdżamy przez malownicze doliny, otoczone o tej porze roku, przez zielone wzgórza. Na wzgórzach pasą się krowy i znajdują się pojedyncze domki. Co jakiś czas mijamy miejscowości, które tutaj określa się wszystkie miastami, tak jakby wsie w ogóle nie istniały. W miasteczkach najczęściej nie ma nikogo na chodnikach, panuje za to wzmożony ruch na ulicach i parkingach, które niczym nasze rynki pełnią rolę główną w tkance tych miast.


sobota, 27 grudnia 2014

Święta, Święta i Po Świętach

Tegoroczne Święta były dziwne. Wszystko było w nie takiej kolejności, jak byc powinno i ten Duch Świąt Bożego Narodzenia przemykał gdzieś obok, ale nigdy nie był wystarczająco blisko.

W Ameryce Święta wyglądają zupełnie inaczej niż w Polsce. Brakuje po prostu tradycji, tego co sprawia, że święta w Polsce maja taką magiczną otoczkę. Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak wiele pięknych tradycji, zachowań pielęgnujemy w Polsce i mogłam to dopiero dostrzec kiedy tego zabrakło.

25 grudnia była świąteczna kolacja, ale w formie bufetu. Na stole było mnóstwo jedzenia i wybierało się co się chce, a potem siadało w dowolnym miejscu. Było coś, co nazywa się turduckin, czyli indyk, a w nim kaczka, a w kaczce kurczak.

Oni mają naprawdę bardzo fajne choinki, takie jak na filmach. Pełne, bez pustych miejsc, z pięknymi bombkami. Dodatkowo mama J. miała całą gromadę Gwiazdorów z różnych kultur. Już wiem co przywiozę mojej mamie w następne Święta!


wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych Świąt

Święta w tym roku jak widac na załączonych zdjęciach spędzam w warunkach iście tropikalnych. No może przesadzam, ale bez kurtki i czapki przynajmniej. W jeden z wieczorów wybrałam się na spacer po okolicy, żeby zdrobic kilka zdjęc poozdabianych domów. Odnoszę wrażenie, że mimo, że dekorowanie domów przyszło do Polski z USA, to jednak w Polsce więcej domów jest przyozdobionych. Może wynika to z tego, że SF to miasto tak wielu kultur i religi, że po prostu nie każdy obchodzi Święta Bożego Narodzenia.

Wcześniej w południe pojechaliśmy rowerami nad zatokę, w okolice Golden Gate Bridge, przejeżdżaliśmy przez park Presidio, który znajduje się na całkiem sporym wzniesieniu, potem był zabójczy zjazd w dół.

Dzień przed Wigilią był tak ciepły, że postanowiliśmy pojechac na plażę nad ocean. Było może mało świątecznie, a ja pomyślałam, że pierwszy raz w życiu spędzam dzień przed Bożym Narodzeniem na plaży. Po plaży biegały małe ptaszki zwane tutaj Snowy Plover, które na swoich krótkich nóżkach uciekały przed falami.


Charles Dickens Fair

Świąteczny klimat mogłam bardzo poczuć podczas Charles Dickens Fair, który odbywa się co roku i trwa zawsze od listopada do końca grudnia.

Wchodzi się do wielkiego budynku wystawienniczego, zwanego Cow Palace (Pałac Krowy) i przenosi się do XIX wieku. Nagle wszyscy Amerykanie wyglądają jak Brytyjczycy. Ulice miasteczka, które zostało wykreowane są pełne ludzi, a czasem i dziwnych stworzeń. Kobiety w wielkich, strojnych sukniach, z kapeluszami, których nie powstydziłaby się sama Królowa. Panowie, elegancko, z cylindrami na głowie, pięknymi pejsami spacerują przy boku swoich dam.

Gdzieś tam siedzi królik, kapelusznik i Alicja w Krainie Czarów i popijają sobie herbatkę. Ojciec Świąt Bożego Narodzenia chodzi z latarnią i życzy wszystkim wesołych świąt. Chowam się na chwile pod jednym daszkiem, gdzie w okienku można kupić herbatę od pani w starodawnym czepku. Potem wchodzę jeszcze do sklepu z świeczkami i obserwuję, jak warstwa po warstwie robi się kolorowe świeczki. Zaglądam szybko do sklepu z maskami, ale nie przymierzam żadnej i potem jeszcze wpadam na chwilę do sklepu z ceramiką.


środa, 17 grudnia 2014

Pierniki

Święta są tuż tuż i ja nawet nie poczułam świątecznej atmosfery. Może przez to, że nie spędzam aż tak duzo czasu poza domem, więc nie mam okazji, żeby ZObaczyc te wszystkie ozdoby. Ale mam zamiar to nadrobic w tym tygodniu!
Grudzień w San Framcisco rozpoczął się od pory deszczowej. Pada prawie codziennie i to czasami całkiem niespodziewanie. Wszytsko wokół zakwitło i zrobiło się zielono, ale co z tego, jak nie można wyjśc z domu.

Na święta chciałam upiec pierniki, ale jak się okazało to nie takie proste tutaj. Nie mogłam znaleźc nigdzie przyprawy do piernika, ani foremek do ciasteczek. W końcu zamówiłam foremkę przez internet, a przyprawę zrobiłam sama i upiekłam swoje pierwsze tutaj pierniczki. Mam zamiar zrobic drugą serię z innego przepisu i polukrowac je jedna z dostępnych tu, gotowych już polew lukrowych.


sobota, 6 grudnia 2014

Dlaczego Warto Zostać Wolontariuszem

Dzisiaj napisze o tym, jak wolontariat zmienił moje życie i wpłynął na moją przyszłośc. Wolontariatem, zaczęłam interesować się na studiach, kiedy zrozumiałam, że może nie uda mi się zdobyc nigdzie płatnego stażu, ale mogę zdobyc doświadczenie będąc wolontariuszem. Po przeglądnięciu wielu wolontariatów padło wtedy na Akadamię Przyszłości. Uczyłam 10 letniego chłopca angielskiego i pomagałam w organizacji zajęc pozalekcyjnych dla dzieci w szkole. Nie myślałam, wtedy do czego takie doświadczenie może mi się przydac, ale podobało mi się. Niektórzy się dziwili wtedy, że po co to robię, żeby za darmo tracic czas? A czasu traciłam dużo, bo musiałam specjalnie jechac do Poznania od siebie z domu pociągiem i potem autobusem 40 minut do szkoły mojego ucznia i tak przez cały rok szkolny w każdą środę.

czwartek, 27 listopada 2014

Święto Dziękczynienia

Właśnie wróciłam do San Francisco z Santa Rosa, gdzie spędziłam swoje pierwsze święto Dziękczynienia. Na północ Kaliforni wybraliśmy się już w środę rano i tam spędziliśmy bardzo miły dzień w drewnianym domku z kominkiem, otoczeni lasem z sekwojami, czyli czerwonymi drzewami. Na kręta drogę na wzgórze wybiegały nam sarny, szopy pracze, widziałam maje zajączki i podobno można nawet spotkac niedźwiedzie. Mama J. kilka lat temu, tuz przed świętem Dziękczynienia miała spotkanie oko w oko z niedźwiedziem, który włamał się do ich altanki koło domu, gdzie była lodówka, a w niej indyk. Niedźwiedź otworzył sobie lodówkę i indyk znalazł się na podłodze, rozszarpany.

Pod wieczór wybraliśmy się do lasu na krótki spacer, tuż przed zachodem słońca. W lesie było przyjemnie zimno, chociaż tutaj prawdziwa zima nie dociera tak naprawdę aż do stycznia.

Święto Dziękczynienia to głownie jedzenie. Był oczywiście indyk, pieczony w wielkim garnku, specjalnie do tego zrobionym. Indyka piecze się do określonej temperatury i co jakiś czas polewa się go tłuszczem spod spodu. Oprócz tego mieliśmy masę innego jedzenia, sałatki, dipy, chipsy, casserole, a ja byłam najbardziej zainteresowana słodkimi ziemniakami zapiekanymi pod marshmallows oraz sałatki z marshmallows z suszonymi owocami..bo to takie amerykańskie:)

Poproszono mnie żebym zrobiła coś typowo polskiego. Pierogów lepic nie lubię i nie umiem, bigos gotowałby się cały dzień, więc zrobiłam rybę po grecku, która wyszła mi całkiem dobra, chociaż i tak wolę tę, którą robi moja mama. Najważniejsze, że wszystkim smakowało.


niedziela, 23 listopada 2014

Spacer po Golden Gate Park

W San Francisco mamy 3 pory roku w tym samym czasie. Słońce grzeje jak latem, zwłaszcza w południe i pięknie zachodzi, pokazując wszystkie odcienie czerwonego i różowego na niebie nad oceanem. Mamy jesień, bo liście opadają z drzew. Wielkie płaty, jakby nawet one nie mogłyby byc małe w Stanach Zjednoczonych. Zimę mamy wieczorami, kiedy temperatura spada i nie chce się wychylić spod kołdry czubka głowy. Okna nie są tak grube i szczelne jak w Polsce, dlatego temperatura wewnątrz, zwłaszcza w nocy jest podobna do tej na zewnątrz.

W sklepach panuje zimowy charakter. Swetry, swetry i kurtki puchowe. A ja się zastanawiam, czy czasami pierwszy raz w życiu nie przeżyję całej zimy w kurtce jeansowej i bez czapki.

Wczoraj w nocy, gdy chowałam się pod kołdrą, przypomniały mi się wakacje u babci. Kiedy to z tapczana wyciągałyśmy pościel, białą jak śnieg, wypchaną prawdziwym pierzem, a nie tam sztuczną gąbką. Jak bardzo lubiłam wtulac głowę w poduszkę, w której zapadało się tak miękko i zasypiało twardo na całe 8 godzin. Było coś miłego i przyjemnego w babci pościeli i nigdzie indziej potem w takiej już nie spałam. Rano jak wstawałam, babcia robiła mi płatki z mlekiem na śniadanie i kręciła kogla-mogla z cukrem, tak mocno, że aż żółtka stawały się białe.

Dzisiaj kilka zdjęc z Golden Gate Park. Jest to drugi po Central Parku w Nowym Jorku najchętniej odwiedzany park w Stanach. Widziałam pierwszy raz szopa pracza i to nie jednego, ale z 10, kilka wiewiórek, koguty!, kaczki i dziwne kolorowe ptaszki. Lubię chodzic po lasach, parkach, bo ze mnie jest bardziej człowiek ze wsi, niż z miasta.

środa, 19 listopada 2014

Jesień w San Francisco

Nawet w San Francisco dni są coraz krótsze. Usiadłabym wtedy wygodnie na kanapie, piła gorącą kawę i czytała.

Pamiętam te dni w domu, kiedy przychodził listopad, w kominku rozpalało się ogień coraz częściej na cały dzień. Z okien mojego pokoju widziałam jak słońce chowa się za polami. Wiatr coraz silniejszy bębnił w szyby. Czasami tak silny, że zrywał kable i wtedy zapanowywała ciemność w całym domu. Nie było telewizora, komputera, strach było przejść do drugiego pokoju. Siedzieliśmy wtedy w kuchni, jedząc kolację przy świeczkach i opowiadaliśmy sobie historie, te dawne i te nowsze. Bawiliśmy się woskiem i szukaliśmy innych nadpalonych już świeczek wetkanych w słoiki po musztardzie, ogórkach, wypełnionych gazetami. Dawne gry sobie przypominaliśmy, jak statki, państwo-miasto, albo wisielca.

Ogień w kominku palił się jakby bardziej, kawałki drewna trzaskały głośniej. Czas płynął wolniej i jakby było go za dużo.

Tydzień temu skończyłam 27 lat. Zdążyłam pomieszkać w innych krajach, pracować w najróżniejszych miejscach, poznać prawdziwych przyjaciół, zegnać się za dużo razy i w końcu odkryłam, że moje miejsce na świecie jest tam, skąd zawsze chciałam uciec.

Zdjęcia zrobiłam nowym aparatem, który dostałam na urodziny od J.
W niedzielny poranek pojechaliśmy na pchli targ na Treasure Island i okazało się, że jest on tylko w ostatni weekend miesiąca, więc nie pobyliśmy tam za długo. Zobaczyliśmy za to taką piękną konstrukcję.

niedziela, 16 listopada 2014

Jak Się Żyje w San Francisco cz.I

Ameryka to kraj pełen możliwości. Takie przekonanie było przynajmniej 10-20 lat temu, ale czy obecnie jest ciągle aktualne?

Dzisiaj postaram się przedstawić dobre strony życia w USA, a raczej zalety San Francisco, jako jednego z najbardziej pożądanych miejsc na świecie. Nie będę pisać o złych, bo nie wypada mówić źle, o czymś gdzie jest się gościem. Mieszkam tutaj od marca tego roku i wydaje mi się, że jestem na tyle nowa jeszcze, żeby wyłapać te zasadnicze różnice między tutaj, a Polską.

Oto moja lista charakterystycznych cech dla San Francisco, bo muszę zaznaczyć, że to miasto jest inne niż pozostałe w USA. Mówią, że SF ma najbardziej europejski charakter, chociaż dla mnie jest bardzo amerykański, tylko ma lepsze rozwiązania i oczywiście wzgórza.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Dlaczego Odżywiam Się Niezdrowo

Od jakiegoś już czasu panuje moda na zdrowe jedzenie. Po szale jakim były dity i odchudzanie na specjalnych zupkach, tabletkach i herbatkach przechodzimy pomału do kolejnego etapu. Etapu gdzie dokładnie sprawdzamy opisy na produktach w sklepie i stajemy się świadomymi konsumentami.

W moim otoczeniu, nie tylko tym prywatnym, ale również ogólnym obserwuję bardzo wiele zachowań związanych z jedzeniem i produkcją żywności. Pewni znajomi przeszli właśnie na tzw. dietę jaskiniowców - paleo. Pewne cechy tej diety od dawna stosowałam u siebie, nic w tym misternego, po prostu uważałam, że wszystko jest dla ludzi.

Dlatego nigdy nie zostałam wegetarianką i choc tych co przeszli na wegetarianizm potrafię zrozumiec, tych co są weganami, już nie. No bo jak to, zero jajek, chleba, masła?

Dieta paleo to takie przeciwieństwo weganizmu, bo tutaj je się wszystko co nie przeszło sporej przeróbki w trakcie produkcji i np. jajka, krwiste mięso jest jak najbardziej dopuszczalne. Mam znajomych, co niedawno potrafili zjeśc cała mega pizze, na grubym cieście z wszystkimi dostępnymi dodatkami, co ciasto czekoladowe połykali w całości, a teraz są na diecie palo. Nie jedzą już chleba, wypieków, a burrito albo burgera tylko w liściach sałaty. To tak jakby zjadac tylko nadzienie z czekolady, bez samej czekolady.

Moje śniadanie

piątek, 7 listopada 2014

Co u Mnie Nowego

Nieszczęścia chodzą parami. Na szczęście potem jest ta pewnośc, że już nic gorszego nie może się przytrafic. We wtorek, czyli dzień, który od rana spędzam w ogrodzie botanicznym na szkoleniu, a potem jadę rowerem do firmy, gdzie mam staż, wydarzyły mi się dwa małe nieszczęścia. Pierwsze to takie, że nie przyjęto żadnych z moich ubrań do lumpeksu, który skupuje używane ubrania, ale wcześniej robi selekcję. Moje ciuchy były podobno już niemodne. Nie wiem, więc z jakiej to racji mają czasami takie rzeczy, co noszą chyba tylko 50 - letnie hippiski z Texasu.

Drugie nieszczęście to przebita dętka w rowerze, w drodze na staż i to w dodatku w nowej oponie! Rower jest już w sklepie rowerowym i do odbioru będzie jutro. Pewnie najechałam na jedną z rozbitych butelek na ulicy Market, przez którą to przejazd, można porównac do skoku narciarskiego, czyli jak dobrze rowerem nie jeździsz, to śmierc murowana.

W końcu wybrałam się na ulicę Haight, przez kawałek, której przeszłam i kupiłam nawet mały prezent dla taty i włożyłam do paczki, która czeka na wysłanie od dwóch miesięcy. Ulica Haight była niezwykle spokojna, nie ma w ogóle porównania z tym co się tutaj dzieje latem, gdy zapełnia się turystami, a restauracje pękają w szwach. Może wyjaśnię, że ulica ta, to najbardziej hippisowska ulica w mieście. Pełna jest leniwych cpunów, bezdomnych w wieku produkcyjnym i wszelakich dziwaków-freaków. I przez to jest tak popularna.

Rano w ten sam dzień poszłam do mojego ulubionego sklepu z warzywami i produkatami z Europy Wschodniej i Bliskiego Wschodu

niedziela, 2 listopada 2014

Wycieczka na Mount Diablo. Najwyższa Góra Nad Zatoką

Moja mam czasami mówiła, że ja to długo na dupie nie potrafię usiedziec. Pamiętam jak w styczniu przy -5 wybierałam się rowerem 4 kilometry po zakupy do sklepu, albo jak zabierałam rower ze sobą do pociągu i potem z dworca godzinę pedałowałam na uczelnie. I nic w tej kwestii się nie zmieniło.

Mam wolny tylko jeden dzień w tygodniu, jest to poniedziałek i wtedy nie robię nic! Wróóóóc! To znaczy nie robię nic, co byłoby związane z jakąś pracą, planuję za to małe wycieczki po pięknej Kalifornii:)Daleko się nie zapuszczam, bo muszę wrócic do domu tego samego dnia, a tym razem zakończyc podróż przed zachodem słońca. Bo po zachodzie słońca zamykają bramę Parku Mount Diablo i wyjechac już się nie da. Mount Diablo to góra, na wschód od SF, która domiunuje nad zatoką. Na szczy prowadzi kręta droga nad urwiskami, a z góry rozpościera się niesamowity widok na zatokę. Mogłam dojrzeć nawet Golden Gate Bridge oraz budynki SF. Cieszę się, że nie zrealizowałam początkowego planu, czyli wybrania się tam rowerem, bo chyba padłabym po pierwszym zakręcie.

W drodze, szybkie zdjęcie na małej wysepce nad urwiskiem

czwartek, 30 października 2014

Gruziński Przepis Na Klasycznego Duszonego Kurczaka z Sałatką z Buraczków

Książkę Cindy's Supper Club wypatrzyłam w księgarni Green Apple. Od jakiegoś czasu miałam zamiar kupic książkę kucharską, bo nie lubię czytać przepisów z internetu, uwielbiam za to przeglądac te w książkach. Ta, z której korzystam, jest podzielona na regiony świata i kraje i zawiera przepisy typowe dla danego miejsca, których autorka nauczyła się podczas podróży. Polski niestety nie ma, ale znalazłam przepis z Węgier na nasze kotlety schabowe:)
Zrobiłam już kilka dań z tej książki, ale najczęściej była to kolacja i światło nie sprzyjało już do robienia zdjęc.

Niedaleko mojego domu jest sklep Farmer's Market z warzywami, owocami, herbatami, kaszami, mąkami, chlebami i bardziej egzotycznymi produktami z Rosji, Bliskiego Wschodu i wypatrzyłam nawet Delicje, twarożek i krówki! Sprzedają tam Latynoski, które mają duże biodra i pasujące do nich wielkością ogromne kolczyki koła. Usta pociągniete czerwoną szminką, a rzęsy grubo wytuszowane czarną maskarą. Lubię tam chodzic, bo mają bardzo ciekawe rzeczy, a czasami trafiają się jakieś egzotyczne warzywa, których nie mam pojęcia jak przyrządzic.

Do rzeczy więc. Kupiłam tam zwykłe czerwone buraki, bo to taki jesienne warzywo. W książce wyszukałam przepis na buraczki i obok zaraz był przepis na gruzińskiego kurczaka duszonego (nie mylic z uduszonym hihihi).

Kurczak wyszedł bardzo dobry, chyba przez naciskanie, a sałatka z buraczków to taka miła odmiana od tych tradycyjnych.


wtorek, 28 października 2014

My Favorite Place

Lato w San Francisco właśnie się zaczęło i wcale nie wygląda na to, żeby chciało stąd w ogóle odejść. Lipiec i sierpień spowite były przez mgły znad oceanu i chłodne wieczory, żeby to w sierpniu ogrzewanie włączać! Teraz śpię przy otwartym oknie i budzą mnie śpiewy ptaków, z ogrodu.

W Ogrodzie Botanicznym życie cały czas trwa, nie ma śniegu, który zasypałby kwiaty i ścieżki. Część roślin zakończyła swoją pracę w tym roku, drzewa posiwiały jak babcie, a kwiaty utraciły płatki, które dołączyły do reszty brązowych pozostałości na ziemi. Inna część roślin obudziła się do życia pod wpływem większej ilości słońca i deszczu, rozkwitły wybuchając barwami i zapachami tak pięknymi, że nie da się przejść obok bez nawet pojedynczego zerknięcia.

Od kiedy zaczęłam oprowadzać dzieci po ogrodzie, oglądam każdą roślinę dokładnie z każdej strony i zaglądam do wnętrz kwiatów w poszukiwaniu pylników. Z bliska, nawet niepozorny suchy kwiatek, wygląda na okaz piękna i doskonałości. Zabrałam J. w sobotę rano do ogrodu, żeby poćwiczyć mój program wycieczki na wtorek. Pokazałam mu tak wiele, że na końcu powiedział, że sam by tego nawet nie zauważył.


piątek, 24 października 2014

American Life I

Mieszkam w Stanach już ponad pół roku i niektóre rzeczy, które na początku dziwiły mnie, albo były znane tylko z tv teraz są na porządku dziennym. Dzisiaj pokażę kilka zdjęc, które zrobłam ostatnio, w tym kilka pomysłów DIY dla domu i kilka słów o codziennym życiu w Ameryce.

Wspomnę może najpierw o pralniach, które są tutaj tak popularne. Rozlokowane są co kilka ulic. Pranie najlepiej robic w środku tygodnia, jeśli się am czas, bo w weekend czasami bywa ciężko żeby upolowac pralkę o rozmiarze, który jest potrzebny. Jak to działa? W pralniach są maszyny do rozmieniania pieniędzy na monety 25 centowe, ponieważ za pralki i suszarki płaci się właśnie w 25 centówkach. Najtańsza pralka to 2 dolary, największa kosztuje 4.75$. Suszarki to super wygodne rozwiązanie, są tanie i wystarczy około 40 minut, żeby całotygodniowe pranie było suche. Lubię ten moment robienia prania, bo wtedy idę najczęściej do otwartej naprzeciwko biblioteki i czytam w spokoju ulubioną książkę.


poniedziałek, 20 października 2014

Susie's Cake

W niedzielę rano wybrałam się w końcu do Susie's Cake. Nie mogłam się zdecydowac, który kawałek tortu wybrac i w końcu wzięłam ich słynny red velvet. Na pewno tam jeszcze wpadnę, jak będę w okolicy. Na ulicy Chestnut, gdzie znajduje się cukiernia jest całe mnóstwo restauracji, kawiarni, księgarni, akurat zakończył się tam półmaraton kobiet i było baaardzo tłoczno. Po drodze do domu, zatrzymaliśmy się jeszcze na ulicy Clement, gdzie jest najfajniejsza księgarnia pod słońcem, Green Apple Bookstore. Wysokie, stare półki, aż po sam sufit i mnóstwo używanych książek, w bardzo dobrych cenach. Częśc ulicy była zamknięta, bo był tam akurat Farmers Market, które w niedziele wyrastają w mieście jak grzyby po deszczu:)

sobota, 18 października 2014

San Pedro Valley and Some Cakes Plans

W ostatnią niedzielę z dwójką znajomych wybraliśmy się na krótką wspinaczkę do San Pedro Valley. Szlak nie był zbyt trudny i przeszliśmy go w około godzinę. Słońce grzało bardzo mocno i w ciągu 10 minut byłam opalona na raka. San Pedro Valley znajduje się na południe od San Francisco i tego typu ścieżek jest w okolicy bardzo dużo. Jest ich aż tyle, że nie potrafię ich wszystkich pojąc i w jakiś sensowny sposób połączyć i pookładać w mojej głowie.

Cień dawały drzewa eukaliptusowe, które zostały sprowadzone tutaj z Australii i przyjęły się na suchym podłożu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze myślałam, że eukaliptus to rodzaj krzaka, a okazało się, że to całkiem potężne drzewo.

Na stażu pracuję nad terenami, które mogą być potencjalnie chronione i dzięki temu odkrywam coraz to więcej, niezwykłych miejsc dookoła San Francisco. Nie mówiąc już, że w samym mieście mam jeszcze tyle do zobaczenia. W najbliższym czasie wybieram się na słynną, hipsterowską ulicę Haight, w celu zakupienia prezentu urodzinowego. Mam w planie też kilka wycieczek po schodach w centrum miasta oraz wybranie się na dłuższą przechadzkę po Mission czyli mekce lumpeksów i meksykańskich restauracji. Jutro jadę na ulicę Chestnut, żeby naprawic mój aparat, a przy okazji zjeśc kawałek tortu z mojej ulubionej cukierni Susie's Cakes

W ogóle temat cukierni pozostawię na osobny post chyba. Mam kilka miejsc, które muszę koniecznie odwiedzic, między innymi Tartine Bakery oraz Russian Cake.


czwartek, 16 października 2014

Pacific Ocean

Pobiegłam nad Pacyfik. Po jednej stronie była mgła, po drugiej powietrze jakby czystsze. Koniec świata.


środa, 15 października 2014

My Job - Bicycling!

San Francisco to takie niezwykłe miasto, że chodząc uliczkami przenosimy się z każdym krokiem do innego świata. Zaczynamy w centrum finansowym, pełnym wieżowców, hoteli, biur, a kawałek, na ulicy obok, na chodnikach panosza się chińskie stragany z owocami, warzywami, których nazwy i właściwości znają tylko Chińczycy. Sklepy z herbatami, albo suchymi zagryzkami, niewiadomego pochodzenia. Idziemy dalej i lądujemy w dzielnicy włoskiej. Italiano wypatrują klientów ze swych restauracji, namawiają, zakręcając połyskującego wąsa. Wszędzie pizzerie i makron, Mamma Mia! Im dalej na północ tym robi się cieplej, i zielono, zamiast wszechobecnego asfaltu, mamy małe ogródeczki, domki w liliowych kolorach i wspaniałe widoki na miasto.

Jak pójdziemy na zachód, do dzielnicy Tenderloin, to lepiej brać nogi za pas i zmykać stamtąd, zanim nie zostaniemy zadźgani nożem. Serio! To jest niesamowite, że tuż obok tych pięknych domków, całego centrum znajdują się tu slumsy. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale 90% społeczności tutaj to czarni i niepełnosprawni umysłowo ludzie, takich dziwaków nigdy nie widziałam, nawet w TV. Ja jako blondynka i dziewczyna nie mam co tam robić, a jak przemknąć to najszybciej jak się da, a najlepiej to się tam nie zapuszczać w ogóle. Pamiętam jak kiedyś w Nowym Jorku, pojechałam do Bronxu i tak jak wysiadłam z metra, wyszłam na powierzchnie, rozejrzałam się, zobaczyłam spojrzenia na mnie i poczułam, że czas stamtąd spadać.

Ale zdjęcia dzisiaj nie o tym, a zdjęć z moich ostatnich dni. Czyli wycieczka z dziećmi do Marin, potem poniedziałek z dziećmi na rowerach w Golden Gate Park i na Ocean Beach. We wtorek po raz pierwszy poprowadziłam grupę pierwszoklasistów po ogrodzie botanicznym.

Rano, o 7.30 musiałam wyjechac z domu rowerem, aby byc na miejscu spotkania nad zatoką o 8.30. Pierwszy dzień (Angel Island) był słoneczny, w drugi dzień SF było pogrążone we mgle. Można dojrzec cienki pasek błękitnego nieba pomiędzy wodą, a mgłą.

poniedziałek, 13 października 2014

Angel Island

Moja ostatnią pracę, na pierwszy rzut oka można by nazwac pracą marzeń. Bo kto by nie chciał jeździc z dziecmi na rowerach po wyspie, z widokiem na San Francisco i wylegiwac się na plaży i jeszcze miec za to zapłacone?

Był to mój pierwszy wyjazd z dziecmi jako ich opiekun i szczerze mówiąc bardzo się przy tym zmęczyłam, pomimo że dzieci bardzo sporo czasu spędziły na plaży, kopiąc, budując i walcząc. Wyspa, na którą pojechaliśmy to Angel Island. Popłynęliśmy tam na promie, zostawiając za sobą miasto pogrążone we mgle.

Angle Island, to wyspa z niezwykłą historią. W latach 1910-1940 było miejscem przyjmowania imigrantów z Azji. To tutaj sprawdzano ich dokumenty, bardzo często fałszywe i tutaj oczekiwali oni w pewnego rodzaju, można powiedziec więzieniach, na podjęcie decyzji przez celników, czy zostaną wpuszczeni na teren USA, czy też nie. Czytałam kiedyś o tym książkę "Dziewczęta z Szanghaju", historię sióstr, które były tutaj przez kilka lat, zanim pozwolono im na wjazd do USA. Bardzo często imigranci, byli to tzw. papierowi synowie. Polegało to na tym, że inny imigrant, który miał już obywatelstwo lub status rezydenta w Stanach, dostawał pieniądze od innej rodziny w Azji, na to, aby zadeklarowac, że ma w Azji syna/córkę i chcę ją/jego sprowadzic do Stanów. Wystawienie dokumentu o ojcostwie w Chinach nie było zbyt dużym problemem i w ten sposób bardzo dużo papierowych synów i córek przybyło do USA.

Obecnie budynki po dawnym centrum imigrantów, są opuszczone.

P.S. Mój aparat jest wciąż zepsuty, ldatgeo zdjęcia robiłam tabletem (duże) i małym aparacikiem.


sobota, 11 października 2014

Stairway Walks in San Francisco III

Dzisiaj pokaże kilka zdjęc z ostatniej, jak narazie wycieczce po schodach San Francisco. Ostatnie dni były bardzo pracowite dla mnie, ale i udało mi się dużo zwiedzic, co pokażę w kolejnych postach.

Mam obecnie 4 prace, z czego dwie są płatne, a 2 inne robię dla przyjemności i dla szansy na robienie w końcu tego, co naprawdę chcę. Pierwszą moją pracą jest, praca w restauracji w kuchni, jako kucharz. Chociaż, to może zbyt wielkie słowo, bo moim najtrudniejszym obowiązkiem tam, jest zrobienie omleta. Podszkoliłam mój hiszpański, bo pracuję tylko z Latynosami, a niektórzy po angielsku ani Be ani Me. Za co lubię tą pracę, za to, że moja lodówka, po każdej nocnej zmianie jest pełna i mam darmową kawę.

Moja druga praca to praca z dziecmi. Od niedawna jestem trenerem rowerowym. Czyli jeżdżę z dziecmi na wycieczki rowerowe poza miasto, albo do parku i po prostu pilnuję ich. Czyli robię to co lubię najbardziej, jeżdżę na rowerze. Ostatnio byłam na Angel Island, która jest przepiękna oraz w Marine, po drugiej stronie zatoki. Rejs promem i widok na miasto - bezcenne.

Trzecia praca, to staż w firmie zajmującej się planowanie przestrzennym. To już jest blisko związane z moim wykształceniem. Pracuję na komputerze i krótko mówiąc z bazy danych robię mapy, dotyczące ochrony zdrowia, środowiska albo otwartych przestrzeni. Aktualnie pracuję nad dwoma dużymi projektami, których zleceniodawcami jest kilka "county", rodzaj województw.

Moje ulubiona praca, to wolontariat w Ogrodzie Botanicznym. Chodzę tutaj raz w tygodniu na szkolenie, aby zostać przewodnikiem dla dzieci po ogrodzie. W przyszłym tygodniu sama poprowadzę jedną grupę, więc muszę znaleźc czas, żeby móc się przygotować. Bardzo się cieszę na to i nie mogę się doczekac. Dotychczas, chodziłam na zajęcia, na których zwiedzaliśmy ogród i uczyliśmy się jak w interesujący sposób opowiadac o roślinach dzieciom.

Tak napięty plan wymaga ode mnie bardzo dobrej organizacji i zgrania tego wszystkiego ze sobą, żeby miec jeszcze czas na odpoczynek. Praktycznie nie ma takiego momentu, żeby czegoś akurat nie robiła. Oprócz tego znajduję czas, na to, żeby biegac, pobycz z chłopakiem i zrobic pranie. Marzenie o chodzeniu, jak w Amerykańskich filmach do pralni, spełniło się i okazało się byc jednym z moich ulubionych momentów, bo mam wtedy ponad godzinę czasu, tylko dla siebie i mogę w spokoju wśród 20 pralek zatopic się "Piaskowej Górze" Joanny Bator.


poniedziałek, 6 października 2014

Stairway Walks in San Francisco II

W ciągu ostatnich dni wolnych korzystałam z mojej super książki i wybrałam się na kolejne wycieczki po schodach San Francisco. Całe szczęście wiele z nich jest w pobliżu mojego domu, więc musiałam jedynie wybrać się 10 minut spacerkiem do punktu początkowego.

Weszłam na kolejne wzgórze, na którym pomiędzy eukaliptusami i sekwojami ukryte są domki. Z dołu wyglądają jak sznurek korali. Na górze okazuje się, że tworzą one bardzo przyjemne uliczki (na pewno jest tam przyjemnie chłodno w upalne dni, których ostatnio tutaj nie brakuje).

Jesień, to moim zdaniem najlepsza pora roku w tym mieście. Rano mgła, w południe dużo słońca, a wieczorem przyjemny chłód i przepiękne zachody słońca.

Ostatnio wróciłam do biegania. Chyba bardziej ze względu na powiększający się brzuch niż panującą ostatnio modę. Biegam wcześnie rano około 8.00 nad ocean. A tam jest po prostu przepięknie. Mewy, mgła nad wodą, surferzy, kilka osób spacerujących brzegiem. Przystaję tam na chwilę, schodzę jak najbliżej wody. Rozglądam się dookoła i nie mogę się nadziwić, że ja tu teraz mieszkam.


poniedziałek, 29 września 2014

Stairway Walks in San Francisco

Kupiłam w księgarni Green Apple książkę o trasach po schodach w San Francisco. Kilka tras znajduje się w dzielnicy, w której mieszkam, Sunset.

Kiedyś cały ten obszar był pokryty przez wydmy. Golden Gate Park został ustanowiony w 1870 roku i to on był początkiem rozbudowy Sunset. Wybudowany drogę szybkiego ruchu tuż nad oceanem, a niedawno dodano ścieżkę rowerowo-pieszą. Masowa rozbudowa rozpoczęła sę w 1920 roku, a w 1930 roku ceny za dom wynosiły 5000$ (obecnie to okoła miliona).

Sunset ma bardzo zróznicowaną populację, zamieszkują tu głównie imigranci z lat 40-tych, którzy są właścicielami domów, lub ich dzieci odziedziczyły je po nich. 45% to Azjaci, 47% biali, 2% czarni i 6% to Latynosi.

Sunset oddzielone jest od centrum miasta poprzez Golden Gate Haights (Wniesienia Złotej Bramy).Chodzenie po wzgórzach przypomina błądzenie w labiryncie, ale miałam na szczęście ze sobą mój przewodnik. Wchodząc na jedne schody, trzeba się rozejrzec dookoła, bo gdzieś na pewno są ukryte inne.

Zaczęłam swoją wycieczkę od Schodów prowadzących na ulicę Quintara i 14th Ave, gdzie miałam świetny widok na ocean.


sobota, 27 września 2014

Biking on The Streets

Jak się człowiek śpieszy, a jeszcze jak sobie zaplanuje, że jak wróci do domu do wypije sobie kawę w spokoju i zje pączka do tego (a co!), to musi się coś wydarzyc, co nie dośc, że zepsuje ten precyzyjny plan, ale jeszcze dodatkowo, człowieka dobije, przygniecie i zepsuje mu humor do reszty. Nie lubię godzin od 11.00 do 15.00, nie wiem dlaczego, może wychodzi to do ogólnego nielubienia słońca, za bardzo, kiedy to promienie padają prosto na czubek głowy, pragnienie doskwiera, a wokół rozpędzone samochody potęgujące ból głowy.

A wszystkich tych negatywnych emocji dostarczyła mi przejażdżka autobusem po San Franciscowych ulicach, które do gładkich nie należą, a do prostych tym bardziej. Nie ma tu co prawda dziur wielkości 3 piłek do koszykówki, gdzie opona samochodowa może się całkowicie zmieścic, ale takie do piłki golfowej można już znaleźc rozsiane na pagórkowatych ulicach. Metro, które miało mnie dowieźc do mojego pączka i kawuni w 30 minut zostało zawieszone, z wyrokiem do niewiadomokiedy ruszymyznowu, więc została mi opcja autobusowa. Na szczęśnie nie była to godzina, kiedy bezdomni szaleńcy przemieszczaja się na swoich utartych, brudnych szlakach z centrum do Haight Street, więc udało mi się ulokowac wygodnie, choc nie obyło sie bez zapaszków. Cała podróż odbyłam w bezpiecznej odległości od ludzi wyglądających co najmniej dziwnie i żaden wariat, z potencjalnym nożem, albo opowieścią o swoich wymyślonych dyrdymałach nie usiadł koło mnie.

Mój aparat jest zepsuty więc robiłam zdjęcia mniejszym (małe zdjęcia) i tabletem (duże zdjęcia).
Kilka fotek z przejażdżki rowerowej po SF:


piątek, 19 września 2014

Walking On The Streets of San Francisco

Biuro, w którym mam staż znajduje się w centrum finansowym miasta. Wieżowce spoglądają na ulice z wysokości kilkunastu pięter. Czasami na próżno szukac promieni słońca na chodniku, a drzew tym bardziej. Biznesmeni mieszają się z bezdomnymi poukrywanymi w ciemnych uliczkach, a czasami bezpretensjonalnie wylegującymi się na chodnikach. Panie na szpileczkach (bez gryzących piesków)przemykają szybko z pudełkiem sałatki organicznej w ręce. Wydawac by się mogło, że przyroda, drzewa, kwiaty zostały przegonione stąd wraz z wybudowaniem pierwszych fundamentów pod wieżowiec, ale jeśli przejdzie się kawałek dalej, na północ, pod górę, można zabaczyc zupełnie inny świat. No może bez przesady, ale jest tam zielono i widoki na każdą stronę miasta.

Co najbardziej lubię w San Francisco, że z każdą ulicą przenosimy się jakby do innego kraju. Zaraz obok szybkiego centrum finansowego, jak tylko przekroczy się prób bramy na Grant Street, wschodzi się do chińskiej dzielnicy. Co prawda większośc sklepów jest otwarta specjalnie pod turystów, ale można znaleźc oryginalne miejsca i budynki.

wtorek, 16 września 2014

Iron Horse Trail

Trasa Iron Horse Regional Trail została utworzona w 1986 roku. W ciągu ostatnich kilku lat były dołączane kolejne fragmenty, by w końcu 19 sierpnia tego roku otwarto kolejną ważną częśc, pomiędzy dwoma miastami. My jednak nie zaczęliśmy od nowo wybudowanej części, a od stacji metra BART Dublin/Pleasanton do Concord. Pierwszy raz byłam po drugiej stornie zatoki i z tego co widziałam z okna metra, gdy wyjeżdżało na powierzchnię, zauważyłam, że teren ten, to głównie miasta, skoncentrowane na transporcie samochodowym i z niewielką przestrzenią publiczną. Nie było żywej duszy na chodnikach, które były miniaturowe. Tak inne są te miasta od tych znanych mi z Polski, czy Europy. Gdzie u nas centrum miasta jest stary rynek, kościół, tutaj centrum można nazwac największe skrzyżowanie, ze stacją benzynową. Wolę zostac więc po drugiej stronie zatoki.

Pokonaliśmy w sumie 39 kilometrów na tej ścieżce, plus 24 km do domu ze stacji metra. Teraz nie mogę nawet usiąśc na krześle.

Na samym początku trasa nie wydawała się dosyć ciekawa, ponieważ przebiega w pobliżu dróg szybkiego ruchu i w palącym słońcu, hałasie jechało się nieprzyjemnie. Na szczęści po kilkuset metrach trasa prowadziła przez teren w wystarczającej odległości, aby nie można było usłyszec samochodów. Najbardziej spodobało mi się, to że było płasko! Przypomniałam sobie jak to jest przyjemnie jechac rowerem, bez łomoczącego serca i bez naciągniętych mięśni w udach.

Iron Horse Trail prowadzi przez dwa "county" Alameda oraz Contra Costa. Najciekawszy odcinek dla mnie, był ten, prowadzący przez Danville, ponieważ jechało się wśród drzew. Moja północnoeuropejska uroda bardzo źle znosi kalifornijskie upały, więc bardzo cieszyłam się z każdego schronienia przed słońcem.


niedziela, 14 września 2014

Fort Mason

W jeden z wolnych dni, których ostatnio nie mam zbyt wiele wybrałam się na przejażdżkę rowerem po San Francisco.

Na początku pojechałam do ogrodu botanicznego, gdzie przed wejściem znajduje się mały sklepik z książkami oraz patio z kwiatami, które zostały zasadzone przez wolontariuszy. Na pewno wrócę , tam po którąś z roślinek.

Wyjazd z domu. Celem jest teren za parkiem (zieolny pas), ale pojechałam tam naokoło

czwartek, 4 września 2014

Mendocino County


środa, 3 września 2014

Redwoods

Długo nic nie pisałam, bo nie miałam za bardzo o czym. Z braku czasu, albo po prostu ze zmęczenia nie zwiedzam San Francisca, ani na rowerze, ani autobusem. Mam nadzieję, że niedługo to się zmieni, ale ten tydzień znowu wyglądał tak, że dom będzie mi służył jedynie jako sypialnia.

Na szczęście Amerykanie mają też swoje święta i tak się złożyło, że miałam dwa dni z rzędu wolne. W niedzielę po pracy, po tym jak zmyłam z siebie cały kuchenny brud i zapach łososia z rąk, pojechaliśmy na północ do Mendocino county. Było gorąco, pogoda zmieniła się tuż za mostem, dlatego przezornie ubrałam szorty, a potem po każdym dłuższym postoju, jak miałam usiąść na rozgrzanej skórze to wisiałam tyłkiem w powietrzu.

Te dwa dni były super udane. Kilka rzeczy zrobiłam pierwszy raz w życiu. Numerem jeden było chodzenie po wyschniętym dnie jeziora, a numerem dwa było zjedzenie burgera w In and Out. Wybrałam burgera z sekretnego menu, czyli Double Double Animal Style.

W Kalifornii od około 5 miesięcy nie padało, możecie sobie więc wyobrazic jak sucho musi tutaj byc. Suchość czuć w powietrzu, w nozdrza wpada powietrze wypełnione zapachem umierającej, żółtej trawy. W południe temperatura przekracza 40 stopni Celsjusza, wieczory dają wydech, a poranki są najprzyjemniejszą częścią dnia. Spałam w dom w środku lasu z sekwojami (redwood trees). Budziłam się, a przez okno, które w nocy był otwarte, miałam drzewa zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ode mnie.

Był długi spacer nad jezioro, z którego woda wyparowała jak z odkręconej butelki zostawionej za kilka tygodni. Droga powrotna do San Francisco prowadziła przez małe miasteczka z jeziorami, tartakami, albo przez całe kilometry łąk i wzgórz. A za każdym razem jak mijaliśmy na takich pustkowiach jakiś dom to mówiliśmy do siebie nawzajem "Wyobraź sobie mieszkac tu". Ja, że z natury, urodzona w szerokościach geograficznych, gdzie latem potrafię spiec sobie skórę na raka, a zimą przypominam córkę młynarza, nie wyobrażam sobie mieszkania w 40 stopniowym upale przez 8 miesięcy w roku.

Po drodze było kilka miasteczek, które w Polsce zasłużyłyby na miano nazwy wieś typu ulicówka. W Stanach nie ma wsi, są tylko miasta. Najmniejsze jakie mijaliśmy miało 60 mieszkańców.


piątek, 22 sierpnia 2014

Bankier

Zdjęcia ze szczytu San Bruno Mountain State Park, gdzie pojechałam rowerem w niedzielę. Mgła, mgła i mgła. Ale zjazd był odrzutowy.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Bernal Haights

Tekst będzie później


piątek, 8 sierpnia 2014

Yerba Buena Vista Garden


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

On The Hill


niedziela, 3 sierpnia 2014

San Bruno Mountain Park

W San Bruno Mountain wiatr przewiał mnie tak, jak dawno tego nie robił. Z głową we mgle, nogami na ziemi, ciałem zawieszonym po środku. W pierwszym rzędzie, nudne przedmieścia, w drugim San Francisco. Samochody ustawione jak na dywanie w pokoju.

Przy zjeździe w dół nawdychałam się powietrza na cały dzień.


piątek, 1 sierpnia 2014

Breath

San Francisco ma największa liczbę dziwaków, a wszystkie ćpuny wysiadają na Haight. I od tamtąd już mogę wypuścic powietrze z płuc. Ostatnio mam taki sposób na dojazd na staż, ze tam jadę rowerem, a z powrotem wracam autobusem. W SF mają takie sposób na rowery, ze wkłada się go na przód autobusu, na specjalne szyny z rączką do unieruchomienia. Po szarpaniu się z ustawieniem roweru (co milszy kierowca obniży trochę szynę), zaczynam strategię usadowienia się w autobusie. Tuż przy drzwiach nie dobrze, bo to miejsca dla starszych osób, z tyłu - podejrzane typki w szerokich bluzach i z brudnymi paznkociami. Po środku najlepiej, chociaż to ulubione miejsce cpunów. Jak już usiądę, to wolę miec po prawej chińskie babcie, a jak już się miejsce obok zwolni, a jesteśmy jeszcze przed Haight street, to się denerwuję. Nie było jeszcze jazdy, żeby nie wsiadł jakiś oszołom.

Wchodzi taki jeden dzisiaj. Głowa z jednego boku ogolona, z drugiej długie włosy (sama tak kiedyś miałam). Dałabym mu najchętniej szampon i szczotkę drucianą, żeby umył te włosy. Nie wiesz czy on czarny jest, czy biały, bo skóra już tak zarosła brudem. Bezdomny, czy hippis z wyboru? W SF czasami ciężko ocenic. Stanął obok drzwi i łypał na nas oczami spod swojej grzywy. Krzyczał "Kto zna moje imię!? Kto?!". Nikt nie znał jego mienia, więc się nie dowiedział. Bezimienny. Wysiadł na Haight.

Autobus nabrał powietrza.

Kiermasz starych pocztówek, plakatów

sobota, 26 lipca 2014

Work Hard, Play Hard, Shop Easy

Tytuł posta nawiązuje do szyldu na sklepie.

W takie dni jak te, kiedy mgła powoli zanika i słońce niewyraźne jeszcze mruga jednym okiem sponad chmur, biorę swój/nie mój rower i jadę. Kolejny, bo to już trzeci raz będzie, pojechałam na plażę Baker Beach. Patrząc na mapę SF mogłoby się wydawac, że jak jest otoczone wodami z trzech stron, to muszą tu byc plaże, ze złotymi piaskami, jak to w tej filmowej Kalifornii jest. U nas w San Francisco, są dwie plaże. Jedna jest rzut beretem od mojego domu, gdzie zazwyczaj wiatr zdmuchuje mnie z powrotem w stronę lądu i tylko latawcom pozwala robic piruety. Druga, to właśnie Baker Beach. Piasek, nie złoty, bo czarny, powstały z wybuchu wulkanu dawno temu, pod powierzchnią oceanu, parzył niemiłosiernie moje bose stopy, aż nie dotarłam w biegu do wydeptanej, mokrej części.

Na plaży było sporo nudystów, wystawiających swoje tyłki prosto w strnę złotego lica słońca. Byli to w większości starsi panowie, u których podpatrzyłam bardzo interesujący sposób zasłaniania sobie koniuszków tego i tamtego. Można też było podziwiac miłośc właścicieli do swoich psów. 15 zdjęc pyszczka psa, na tle Golden Gate Bridge, zrobił facet na przeciwko mnie. Pomyślałam, że będzie potem miał problem, które wybrac, a może zostawi wszystkie, no i że pies był bardzo cierpliwy.


niedziela, 20 lipca 2014

Bike Trip

Tę niedzielę mogę uznac za bardzo aktywną. Lubię takie dni, kiedy jestem tak zmęczona, gdy kubek gorącej kawy smakuje 100 razy lepiej niż zazwyczaj.

Grupa rowerzystów oraz firma, w której odbywam staż zorganizowała wycieczkę rowerową na drugą stronę zatoki do malowniczo położonej miejscowości Marine. Jedzie się nad wybrzeżem oraz pomiędzy wzgórzami.

Pogoda w SF nie dopisała, bo przez całą trasę w mieście i na samym moście towarzyszyła nam mgła i lekki deszczyk. Ale potem się rozpogodziło i było już z górki.

Cała trasa, którą pokonałam z domu do Marine, gdzie zakończyliśmy jazdę, wynosiła około 27 kilometrów. Było trochę pedałowania pod górę, ale głównie zjeżdżało się w dół. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, żeby liderzy grupy mogli opowiedzieć co nieco o zmianach w zagospodarowaniu przestrzeni w danym miejscu. Z powrotem wszyscy wróciliśmy promem, skąd był bardzo fajny widok na most, więzienie Alcatraz oraz centrum miasta.

Na pewno jeszcze nie raz wybiorę się na taka wycieczkę, bo co najbardziej mi się podobało,to że ktoś był odpowiedzialny za trasę i nie musiałam co chwile stawac, aby sprawdzic, czy na pewno dobrze jadę. Drugim plusem było poznanie bardzo fajnych ścieżek rowerowych, które czasami prowadziły przez wąskie, urokliwe miejsca.

Nie udało mi się zrobic zdjęc z roweru, ale już z promu tak.

Postój

sobota, 19 lipca 2014

7 up!

W ostatni poniedziałek wybraliśmy się na małą wycieczkę, na drugą stronę zatoki. Po przejechaniu przez Golden Gate Bridge, zaparkowaliśmy samochód i weszliśmy na ścieżkę, która miała nas zaprowadzic do laguny. Na samym parkingu i wokół niego było pełno ludzi, ponieważ stąd był bardzo dobry widok na miasto i most. Wyżej, już na trasie widok był jeszcze lepszy, ale nikt nie kwapił się tutaj wejśc. Prawie przez cały szlak byliśmy sami, nie licząc jednego kojota i pary innych wędrowców.

Nasza trasa wynosiła około 8 km w jedną stronę. Niestety moja karta pamięci nie chce się otworzyc i nie mogę wrzucić stamtąd żadnych zdjęc.

Pierwszy raz w życiu widziałam lagunę, czyli wodę oddzieloną od oceanu poprzez pas piasku z plaży. Piasek w tym miejscu był czarny, ponieważ powstał on po rozkruszeniu lawy po erupcji wulkanicznej w oceanie. Jedna z plaż nazywa się Black San Beach czyli Plaża z Czarnym Piaskiem, musimy tam pojechac następnym razem. Bardzo lubię małe plaże, poukrywane pomiędzy klifami.

Polecono mi film dokumentalny, którego pierwszy odcinek nakręcono w 1964 i kolejne co 7 lat. Film pokazuje 14 dzieci, wybranych do tego programu. Kamera śledzi ich co 7 lat i sprawdza co się u nich zmieniło i gdzie są w swoim życiu, czy spełniły się ich dziecięce marzenia. Wszystkich bohaterów poznajemy, kiedy mają 7 lat i potem, w kolejnym odcinku mają 14, 21, 28 itd. Obecnie mają 57 lat. Polecam gorąco, bo wciąga. Niestety nie wiem, czy gdzieś jest z tłumaczeniem na język polski.



sobota, 12 lipca 2014

Start&End

Dzisiaj znowu wybrałam się na Baker Beach. Już wyjeżdżając z domu mogłam zobaczyc, że z drugiej strony parku jest niebieskie niebo i świeci słońce. Na plaży, tak jak przypuszczałam było bardzo przyjemnie. W odróżnieniu od ostatniego razu, można było zobaczyc wzgórza po drugiej stronie oraz cały most.

Tylko jedna osoba odważyła się wejśc do lodowatej wody.

Lubię wybrzeża dużych wód. Bo to taki początek i zarazem koniec czegoś. Lubię sobie wyobrażac, co jest po drugiej stornie wody.


czwartek, 10 lipca 2014

Chinatown

Ile dużych miast, tyle Chinatown. Chyba widziałam w swoim życiu już za wiele, bo mam wrażenie, że nic nie może mnie już zachwycic. Pamiętam jak kilka lat temu byłam w tych samych miejscach po raz pierwszy. Pierwszy raz w życiu widziałam Chinatown, pierwszy raz w życiu próbowałam bubble tea i pierwszy raz w życiu widziałam tylu Chińczyków w jednym miejscu.

Gdzieś przeczytałam, że teraz w dobie internetu, podróży nic już nie może tak naprawdę zachwycic. Tylko taki "typowy moher", może w pełni pojąc jak piękne są niektóre miejsca i po prostu się nimi zachwycic.

Mój staż mam dosłownie rzut beretem (tym moherowym) od bramy do Chinatown. Jedna główna ulica i kilka pobocznych, tworzą jedną z najstarszych na świecie dzielnic tego typu. Jeszcze na początku XX wieku, Chinatwon miało dokładnie wyznaczone granice, poza które Chińczycy nie mogli wyjśc. Główna ulica, to tak naprawdę nie jest już żadnym miejscem, gdzie skupiają się mieszkańcy, a stała się ulicą ze sklepami z tanimi pamiątkami. Może komuś akurat zachce się kupic laczki, albo piżamę, to będzie to idealne miejsce. Tak naprawdę prawdziwe życie ulicy jest tam, gdzie turyści już nie zaglądają, może czują się niepewnie, tak jak ja, zaglądając w prywatne sfery mieszkańców dzielnicy. Na jednym z placów, mieszkańcy gromadzą się i grają w przeróżne chińskie gry.

Poukrywani pod wielkimi kapeluszami.

Zrobiłam kilka zdjęc, których pewnie takich samych miliony zostało już zrobionych. Cóż.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Baker Beach and Japantown

4 lipca pojechaliśmy na Baker Beach. Plaża ta jest osłonięta przez kamienie i wydmy, dlatego na dole jest bardzo przyjemnie i ciepło, nawet w mglisty dzień. Golden Gate Bridge musi się pięknie prezentowac stąd. Jak widac, w tym dniu, był w połowie zakryty mgłą. Utworzyła się bardzo wyraźna linia mgły, którą widac na wzgórzach.

W inny dzień pojechałam do Japantown, jedynego takiego miejsca na świecie. Zazwyczaj, w większych miastach są chińskie dzielnice, ale nigdzie nie ma japońskiej. W SF utworzone zostało swego rodzaju centrum japońskie, któremu sąsiaduje kilka ulic w japońskim klimacie. Samo centrum to głownie wielkie centrum handlowe z restauracjami. Można zjeśc np. sushi z łódeczek, pływających dookoła stołu (co zrobiłam kilka lat temu), albo można zrobic zakupy w jednym z kolorowych sklepów.

Ja wypatrzyłam papieża oraz bardzo fajne wieszaki na pierścionki.


wtorek, 1 lipca 2014

SF Pride Parade

29 lipca w San Francisco była parada równości. Cała główna ulica i plac zapełniły się w kolorach tęczy, symbolu homoseksualistów. Impreza była ogromna, może zdjęcia tego nie pokazują, ale był bardzo duży ścisk. Musiałam uważac, czy aby przypadkiem, żaden pan bez majtek nie ociera się o mnie.

Niektórzy byli poprzebierani w takie stroje, jakich nawet nie mogłabym sobie przedtem wyobrazic. Większośc dziewczyn miała ubrane kolorowe spódniczki baletnicy, bez majtek pod spodem. Na różnych krańcach ulic były porozstawiane sceny, gdzie odbywały się koncerty, a mały tłum ludzi wariował pod spodem.

Czy impreza mi się podobała? Nie bardzo. Może jeśli byłabym lesbijką, albo miała znajomych homoseksualistów, z którymi przebrałabym się i popijała tam piwo. Ale samo przejście przez wszystko było bardzo męczące. Ludzie głównie stali w kolejkach po jedzenie albo po piwo albo po prezerwatywy.

Ogólnie dużo gołych penisów i tyłków. W sumie to nie wiem, dlaczego parada równości kojarzy się jednocześnie z nagością albo perwersyjnym strojem. Czy tak właśnie geje i lesbijki chcą aby tak ich odbierano? A może to wszystko było po prostu dla jaj (w przenośni)? Dlaczego by się nie przebrac w jakieś lateksowe gacie i narysowac sobie gwiazdki na sutkach, w każdy inny dzień to nie bardzo tak wypada.


sobota, 28 czerwca 2014

On The Top Of The Clipper Street

A dzisiaj są z kolei imieniny mojego taty:) Wszystkiego najlepszego!

Tydzień temu urodził się synek moich przyjaciół, których nie zobaczę jeszcze pewnie przez długi czas. Tęsknota i omijane mnie ważne chwile, są tą najgorszą częścią emigracji na drugi koniec świata. Przy okazji pozdrowienia dla Błaszczyków z Poznania!

Jest taka ulica w SF, w sumie niedaleko od mojego domu, która pozwala na w miarę szybki dojazd do centrum miasta. Droga jest jednak tak stroma, że rowerem, można sobie na to pozwolic raz w miesiącu. Wjechałam dzisiaj na górę, żeby zrobić zdjęcie niesamowitego widoku na centrum miasta (w rzeczywistości jest o wiele lepszy), nie zjechałam na dół na drugą stronę, bo chyba nie miałabym siły, aby wrócic z powrotem.


piątek, 27 czerwca 2014

Vapor

Na dzisiejszy lunch w pracy kupiłam kanapkę, z wietnamskiego baru, tuż obok mojego domu. Wejście do środka zapawiadało dwie rzeczy:

1. Przepyszną, tanią ($3.85) kanapkę Banh Mi, taką, że można poczuc się jak na gap year w Wietnamie, jedząc uliczne żarcie z budek na kułkach, siedząc na swoim skuterku.

lub

2. Totalna katastrofę, tanią wersję Banh Mi z Bi-Rite ($10).

Bo, gdy się tam weszło, to przywitał mnie mały, miły Pan, mała galaretkowata słodkośc na ladzie, słodkie kubeczki z Bubble Tea, kilka chipsów na półce i mizerna lista z daniami. Nad ladą latały sobie muszki, a z tyłu był sobie zlewozmywak, a pod nim wszelkie dostępne na rynku detergenty. No to prawie jak w Azji. I problemy żołądkowe też były potem jak w Azji.

W Sunset budzę się co rano i za oknem widzę mgłę. Tak nisko się unosi, że moja głowa spokojnie do niej sięga. Lubię chodzic wtedy po spokojnych ulicach, wspinac się na wzgórza i patrzec jak najdalej się da.


sobota, 21 czerwca 2014

Purple

Nie wiem jak winnych krajach europejskich, ale tutaj w Stanach, w sklepach, co chwilę wypatruje nowe dla mnie rzeczy. Amerykanie to bardzo chrupiący naród. Ich krakersy, chipsy, dipy są bardzo różnorodne i zrobione z każdego możliwego warzywa lub owocu. My ostatnio zajadamy się chipsami tortillowymi, zrobionymi z fioletowej kukurydzy. Takiej kukurydzy nie produkuje się w Europie, ale myślę, że osiągnęłaby duży sukces. W smaku nie różnią się niczym od normalnych chipsów. Dzisiaj wypatrzyłam chrupki z cieciorki i z soczewicy (miałam trochę problemu z przypomnieniem sobie polskiego słowa).

Najbardziej podoba mi się to, że można kupic bardzo tanio te produkty, które w Polsce są drogie, za to te produkty popularne w Polsce, są tutaj dosyc drogie. Kupuję dużo słodkich ziemniaków, które najlepiej smakują usmażone w piekarniku jak frytki, z oliwą z oliwek, solą i rozmarynem. Wszystkie produkty azjatyckie, we wspomnianym przeze mnie chińskim supermarkecie, są bardzo tanie, za to np. za zwykłego ogórka zielonego zapłacę już 3 dolary!

Po całym tygodniu pedałowania, czuję się zmęczona, ale nie wyczerpana. Dlatego dzisiaj (w sobotę), mam zamiar zrobic kilka kilometrów na rowerze i przy okazji pozwiedzac te części San Francisco, w których jeszcze nie byłam.

Okazało się, że z powrotem jestem porannym biegaczem, dlatego ostatnie dwa razy biegałam rano o 8.00. Raz 8.2 km, za drugim razem 5.0 km.

Dzisiaj jest najkrótsza noc w całym roku i imieniny mojej mamy. Wszystkiego najlepszego! :*

Z mamą na rowerach, kilka dni przed moim wyjazdem do Stanów

środa, 18 czerwca 2014

Bicycling

Jest wiosna i zbliża się lato. Wszyscy wyciągają zakurzone rowery. Ja jeżdżę na rowerze przez cały rok. Czy zima i mróz, czy lato i żar z nieba. Nie ma znaczenia, dopóki nie wieje. Niestety SF, to dosyć wietrzne miasto. Piękne domy, ulice, wzgórza, na zdjęciach nie widać jednak tego zimnego, oceanicznego wiatru.

Nie powstrzymuje mnie to jednak, przed jazdą do pracy na rowerze. Trasę mam nie byle jaką, bo przez Golden Gate Park, niedaleko pięknego parku Duboce i ulicę Market, na której jest szybko i cały tabun rowerów, samochodów, autobusów (zwłaszcza o poranku!).


Kilka plusów w dojeżdżaniu do pracy rowerem:

+ najprzyjemniejsza pora na rower, dla mnie, to poranek. Powietrze jest rześkie i miło jest oglądać jak otwierają się kawiarnie, sklepy...

+ nie trzeba cisnąc się w metrze, autobusie. W tych środkach transportu w SF czuję się czasami jak w kolejce górskiej.

+ w pracy, głównie siedzę przez kilka godzin, wpatrzona w komputer, dlatego ta jazda rowerem jest dla mnie dobrym ćwiczeniem kondycji i po prostu rozruszaniem ciała, żeby zachować równowagę

+ czasami rowerem jest po prostu szybciej. Nie trzeba się przesiadać, martwic, że coś nie przyjechało

+ rower jest za darmo

+ fajnie się wygląda na rowerze

Jest też kilka minusów...

- jeśli droga do pracy jest bardzo długa, to, zwłaszcza droga powrotna, gdy jesteśmy zmęczeni, może być wyczerpująca i na nic nie będziemy mieć już siły w domu

- jak jest gorąco i duszno i jedzie się w pełnym słońcu, to pod koniec można wyglądać jak mokry pies

- nie każde ubrania nadają się na rower. Nie widziałam jeszcze nikogo w garsonce albo ciasnej spódnicy, dlatego czasami trzeba wziąć buty na zmianę, spodnie itd.

Do miejsca mojego stażu mam 12,6 km w jedną stronę co daje mi 25,2 km w obie. Jeżdżę tam 4 razy w tygodniu, więc wychodzi mi, że robię na tej trasie 100,8 km. Dodatkowo, w pozostałe dni również wsiadam na rower. Myślę, że w ciągu jednego tygodnia przejeżdżam około 150 km.

Mam kilka rzeczy, bez których nie wsiądę na rower: butelka z wodą, czapka z daszkiem (ale muszę kupić w końcu kask), rękawiczki bez palców (bardzo szybko się opalam i one po prostu chronią moje dłonie).

Dodatkowo, czasami zabieram buty na zmianę, ponieważ po tych wzgórzach lepiej nie jeździć w sandałach, albo baletkach. Zamiast torebki, mam plecak, który jest właściwie workiem na buty. Kupiłam go dawno temu w lumpeksie za 2 złote. Okazał się być najwytrzymalszym plecakiem na świecie i jest niezwykle wygodny.


A tutaj zdjęcia najkrętszej drogi na świecie czyli Lombard Street oraz widok ze wzgórza Nob Hill.



A na koniec "ants on a log" czyli seler naciowy z masłem orzechowym i rodzynkami:)
Copyright © 2015 Before Sunset
| Distributed By Gooyaabi Templates