piątek, 2 grudnia 2011

Honey, Nasi Campur please!

Sumbawa, to wyspa sąsiadująca z Lombokiem, powierzchniowo znacznie ją przerastająca. Różnic jest jednak znacznie więcej, pomimo tylko 2-godzinnej odległości promem. Sumbawa jest przede wszystkim bardziej czysta. Jadąc po Lomboku, dzieci, jedzenie, samochody, koniki, kozy, kurczaki, wszytko to, zdaje się wylewać na ulicę. Sumbawa jest czysta. Zauważyłam nawet kontenery na śmieci, w małych wioseczkach, poustawiane są przy drodze śmietniki. Na ulicach jest o wiele mniejszy ruch (chociaż tych dróg też nie ma zbyt wiele - tylko jedna główna, przebiegająca przez całą wyspę). Sumbawa jest bardziej zielona i naprawdę można poczuć różnicę powietrza, w porównaniu do Lomboku. Z koleżanką Anią pojechałam na wyspę w czwartek, planowałyśmy zostać do soboty, wróciłyśmy w poniedziałek, głównie z powodu ogromnych odległości na wyspie.

W czwartek po przejechaniu całego Lomboku z zachodu na wschód wsiadłyśmy na prom, który odpływa co godzinę. Na promie, można kupić od handlarzy bungus (nasi campur - ryż z warzywami i kurczakiem, zapakowany w torebeczki), wodę, chrupki (Indonezyjczycy to chrupiący naród)... Po 2 godzinach wysiadłyśmy na Sumbawe i wyruszyłyśmy motorkiem na południe do Maluk, gdzie znajdują się przepiękne plaże i kilka surf campów, gdzie planowałyśmy się zatrzymać.Nasza mapa nie ma skali, dlatego nie wiedziałyśmy, jak to jest daleko. Dotarłyśmy około 20.00 i to po małym błądzeniu i walce o ostatni wolny pokój. Rozleniwione zostałyśmy tam 2 noce i potem pojechałyśmy na północ, do jednego z większych miast Sumbawa Besar, odległość ponad 100km okazała się zabójcza dla moich pośladków i pleców. Wynajęłyśmy obskurny pokój, pojeździłyśmy po miasteczku, które jest całkiem spoko i takie nie indonezyjskie czasami tzn, czyste i spokojne. Na drugi dzień zaplanowałyśmy, że pojedziemy na mała wysepkę, na północ od Sumbawy. Lonely Planet mówił, że okazjonalnie można złapać łódkę za 100,000 rupii. No to pojechałyśmy, droga była tak fatalna, że 15km pokonałyśmy w 1,5h. Na miejscu w portowej wiosce zagadałyśmy z kim trzeba i znalazła się łódką, którą nas dowieźli na wyspę. Wyspa była pusta, plaża, rafa, piękny widok na Sumbawę i Rinjani.
Wróciłyśmy na noc do miasta, gdzie głównie nasza aktywność polegała na piciu soków i jedzeniu (m.in. sate, czyli grillowane mięso na patyczkach w sosie orzechowym - my zamówiłyśmy mięso z kozy i kurczaka).
Wkrótce wracam do Polski, więc pewnie skleję jeszcze posta o głupocie Indonezyjczyków no i w przyszłym tygodniu wybieram się na Bali:)




Na promie bungus był zapakowany w liście bananowca





Zatrzymałyśmy, się przy największym jeziorze na wyspie, ale jak widać sukcesja postępuje;P

Wołowina miała nas w dupie



Trochę się chmurzyło

Nasz surf camp

Ten pokój był spoko




Znienawidzony, obojętny, wreszcie pokochany NASI CAMPUR - ryż z dodatkami, a jakie to dodatki to już zależy od warunga, od dnia, więc za każdym razem smakuje inaczej.
Ten tutaj zjadłyśmy w wiosce, niedaleko surf campu








W surfcampie zaznaczało się na tablicy, co się bierze, na koniec pobytu było rozliczenie


Niezawodna konstrukcja - rynna i bambus






Nasi Campur

13 komentarzy:

  1. Jedzenie, jedzenie <3 ale widoki też piękne...

    W zasadzie to Cię ani razu nie spytałam o najważniejsze. Z jakiej okazji znalazłaś się w Indonezji i na jak długo tam zostajesz?

    OdpowiedzUsuń
  2. studiuję tutaj język. Zostaję do 22 grudnia, miałam zostać do kwietnia, ale zmieniły się moje plany i wracam do Polski, ale do Indonezji jeszcze wrócę pewnie kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  3. ach co do kuchni.. no to nie zachwyca, dominuje ryż i makaron - jeśli ktoś je na ulicy, w restauracjach jest większy wybór, jak owoce morza itd. ale podkręcone jest to pod western style, co nie jest zbyt autentyczne. Na wyspie, gdzie mieszkam wszystko jest piekielnie ostre i zajęło mi trochę czasu przyzwyczajenie się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli w sumie kuchnia biednych, rozumiem...
    A na jakiej zasadzie załatwiłaś wyjazd? Bo domyślam się, że nie chodziło tylko o kupno biletu do Indonezji od tak i decyzji, że zapiszesz się do szkoły, żeby nauczyć się tego języka.

    OdpowiedzUsuń
  5. dostałam stypendium. raczej kuchnia indonezyjska, a nie biednych...

    OdpowiedzUsuń
  6. No ale Indonezja to nie jest bogaty kraj i jak sama mówisz dominuje ryż i makaron, czyli węglowodany. Tanio i najłatwiej się tym napchać- charakterystyczne dla kuchni biednych ludzi.

    Co do Twojego pytania, to pamiętałam wszystko co najważniejsze, a szczegóły jak adresy sprawdzałam w internecie. Czasami, żeby zlokalizować jakiś sklep, które nie pamiętałam nawet nazwy musiałam używać "ludzika" z Google Maps, bo pamiętałam gdzie się mniej więcej znajdował;).
    Niektóre miejsca to też takie, których nie udało mi się odwiedzić, albo polecane przez innych czy wyszukane.

    OdpowiedzUsuń
  7. :) po prostu nie spodobało mi się stwierdzenie "biednych"". Ryż dlatego dominuje, ponieważ uprawiają go wszędzie (dlatego tym samym jest tani), ale to bardziej kulturowa kwesta, a nie zasobności portfela. Na ulicy jedzą i biedni i bogaci. Nasi Campur, który ja codziennie zamawiam, kosztuje około 8000 rupii plus coś do picia 3000. Nauczycielka tutaj zarabia około 1500 000 - 2000 000, czyli w stosunku do jej zarobków, nie jest to tanie. :)

    Żałuje, że ja tak nie skupiłam się na jedzeniu w SF, bo teraz widzę ile straciłam...:( Ale przewodnik do wykorzystania w przyszłości!

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie obrażaj się za nazywanie rzeczy po imieniu, zwłaszcza jeśli na końcu sama piszesz, że pensja nauczycielki jest bardzo niska w porównaniu do tego jak drogie jest jedzenie.
    W niektórych krajach Ameryki Południowej, na Karaibach w dużej części Afryki jest podobna sytuacja. Jedzenie na talerzu to 3/4 węglowodanów, trochę mięsa i czasami jakieś warzywo. Ryż w Azji- tak to kwestia kulturowa, ale jego proporcje w stosunku do reszty to często kwestia zamożności.
    W Polsce np. tanie są ziemniaki, chleb. Jak ktoś słabo stoi z finansami, to nie jada baraniny sałatką z rukoli, albo chleba z różnymi rodzajami sera, wędliny i warzywami, tylko dlatego, że to tradycyjne elementy kuchni.
    Już jaśniej chyba wrazić się nie mogłam;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jednak kuchnia "biednych" pasuje tutaj z punktu widzenia europejczyka, dla nich to jest normalny, codzienny posiłek. Biedne jest państwo w porównaniu z innymi krajami, ale nie kuchnia. W cale, nie jest tak, że dostaję cały talerz ryżu i marchewkę, te dania mają w sobie ryby, orzeszki, przeróżne warzywa i kurczaka bądź wołowinę. Nie jest to zapychacz, a normalny obiad. Rzeczywiście rodziny naprawdę ubogie zapychają się ryżem, ale tutaj już mowa o prawdziwym ubóstwie. Jaka jest zatem kuchnia bogatych? Rukola? Tutaj chleb jest bardzo drogi. W Polsce jeśli ktoś zapycha się chlebem, to jest biedny, a jeśli tutaj go stać na chleb, to jest bogaty. Czy więc chleb jest kuchnia biednych, czy bogatych. Ja ma swoje zdanie, ty masz swoje, taki świat :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kuchnia,czyli to co na talerzu nie jest wyznacznikiem bogactwa lecz jest połączeniem przyzwyczajeń,gustów, tradycji,dostępności produktów lokalnych oraz zdrowego rozsądku.Umiejętność połączenia tych cech nie każdemu się udaje.Bogaci najczęściej dają dzieciakowi pieniądze ,ten opycha się słodyczami fast fudami czy innym paskudztwem ,wygląda póżniej jak mutant z nadwagą.Kuchnia indonezyjska,chińska,śródziemnomorska jest przedewszystkim zdrowa,prawdopodobnie mięso krowy gotowanej z warzywami i przyprawami było zdrowsze i smaczniejsze niż włoska szynka świąteczna po 200 zł/kg 'paweł'

    OdpowiedzUsuń
  11. Kuchnia bogatych to dostęp do wszelkiego rodzaju produktów i mnóstwo możliwości przygtowania z nich pełnowartościowego posiłku.
    Z drugiej strony swoboda finansowa oznacza też możliwość wyboru- dobrego lub złego. Nie jest więc powiedziane, że np. Anglik żyjący na dobrym poziomie nie będzie żywił się gotowymi daniami z mikrofalówki (do czego nawiązał też Paweł).

    Co do porównywania cen produktów, to chyba jasne, że w każdym kraju wygląda to inaczej. Tanie są te popularne, produkowane/uprawiane lokalnie, a droższymi te sprowadzane z daleka.

    No i nie ujmuję kuchni indonezyjskiej, po prostu to, co widzę na Twoich zdjęciach pokrywa się z żywieniowymi regułami tego świata i nie ja to sobie wymyśliłam, tak po prostu jest.
    Ostatnie zdjęcie ładnie to podsumowuje: na talerzu przeważa ryż, zdaje się, że widzę też fasolę, makaron, no i niewielki kawałek kurczaka.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie podoba mi się takie kategoryzowanie. To samo danie, ale zamówione w np. w niemieckiej restauracji, byłoby już zaliczone do kuchni bogatych? Czy makaron we Włoszech to kuchnia biednych, czy bagietka we Francji to też kuchnia biednych? Nie czuję się biedna, jedząc ziemniaki i chleb w Polsce. To, że wykorzystuje się lokalne produkty powinno być popierane i promowane.
    Myślę, że zamawiając w Polsce ryż z dodatkami nie dostałabym innych proporcji, a może nawet mniej. Żywieniowe reguły świata są przede wszystkim uzależnione od klimatu i dostępności produktów jak napisał Paweł,a nie zasobności portfela.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ula. Nie wiem czy Ty kiedykolwiek bylas w Indonezji czy tez innych krajach azjatyckich... ryz i podawane do niego dodatki nie sa jedzeniem biednych. Sa po prostu jedzeniem, ktore przyjelo sie tu jesc. Bo tak. Pokaz mi kraj, gdzie ludzie nie jedza weglowodanow? Podchodzac do tego w ten sposob, mozna przyjac, ze polskie specjaly, ktore zaoferowalabys swoim zagranicznym kolegom/kolezankom, czyli pierogi, placki ziemniaczane, racuchy z jablkami, kopytka, leniwe, rogale krakowskie/poznanskie, pumpernikiel... to wszystko dla biednych, czy tak? :)
    Z pozdrowieniami
    ksiezniczka

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...