niedziela, 25 grudnia 2011

Bali

Bali, oddalone od Lomboku o 4 godziny promem. Najbardziej popularna wyspa w Indonezji, która została zdominowana przez turystykę. Południe, to plaże, pełne australijskich serferów (chociaż podobno Lombok ma ładniejsze plaże), północ to góry i wulkany. We wszystko to wkomponowują się hinduskie świątynie, na każdym kroku można natknąć się na pudełeczka z kwiatami, które kobiety składają dla bogów. W powietrzu unosi się zapach kadzideł, skądś dochodzi dźwięk gamelan (rodzaj cymbałków) i choć wszystko nastawione jest na turystów, polubiłam Bali, gdzie nie został utracony ten hinduski duch.


Na Bali wybrałam się z Anią i Marią, zabrałyśmy na prom nasze skutery (nie wyobrażam sobie poruszania się po Indonezji bez skutera) i zatrzymałyśmy się na cały tydzień w Ubud (miasteczko znane m.in. z filmu z Eat Love and Pray). Nasz pokój znajdował się w centrum, ale w małej uliczce, na której domki były zaaranżowane na świątynie. Kilka metrów od nas znajdowały się przepiękne świątynie, galerie, restauracje...
Każdego dnia wyjeżdżałyśmy poza Ubud, żeby zobaczyć najbardziej spektakularne świątynie na Bali. Zabierałyśmy zawsze sarongi, są one wymagane przy wejściu do świątyni, można tez wypożyczyć, jeśli znajduje się przed świątynią biuro. Niestety często turyści, nie szanowali tego, że należy założyć sarong i można było zobaczyć ubraną w krótką spódniczkę i bluzkę na naramkach Panią wchodzącą do świątyni. W pierwsze dwa wieczory poszłyśmy do pobliskiej świątyni zobaczyć obchody pewnego święta, okazało się, że na te tysiące turystów oprócz dwóch innych kobiet byłyśmy jedynymi białymi, którzy zostali wpuszczeni na teren świątyni, tylko ze względu na to, że byłyśmy odpowiednio ubrane. Pozwolono nam zapalić kadzidełko, obmyć twarz świętą wodą, przykleić sobie ryż do twarzy i wpiąć kwiaty we włosy i było to o wiele bardziej ekscytujące doświadczenie niż siedzenie w restauracji i popijanie wina, jak to robiła większość. W jednym miejscu grali na gamelanach, w innym się modlili, a na barugach grali w karty. Galerie, które są na każdym kroku, przedstawienia teatralne (teatr cieni), joga z widokiem na pola ryżowe, masaże, piękne widoki na terasy, świątynie, kwiaty, historia, religia, to sprawia, że Bali jest tak piękne i pomimo ogromnej ilości turystów nie zatraciło swej tajemniczej atmosfery.
W Indonezji bardzo popularne są masaże, peelingi... ja wybrałam się na masaż na mojej uliczne, na który zachęcała cały czas znudzona dziewczyna. Aromaterapia kosztowała 60 000 rupii, czyli około 18 zł. Salon nie wyglądał zachęcająco, mała klitka z kotarami, których wypłowiały róż pokrywały plamy błota. Czekałam około 10 minut, ponieważ dziewczyna musiała zadzwonić po masażystkę, moja aromaterapia polegało na tym, że pod nos ustawiono mi kadzidełko. Nic nie zapowiadało tak ZAJEBISTEGO masażu jakie zaoferowała mi drobna Indonezyjka, która nie wiem sąd znalazła tyle siły w sobie.
Na Bali panuje nieco inny klimat niż na Lomboku, jest tutaj większa wilgoć, ubrania nie chciały wyschnąć mi przez dwa dni, więc zaniosłam je do pralni. Pralnie w Indonezji są bardzo popularne i nie ma z tym najmniejszego problemu. Pomiędzy Bali, a Lombokiem przebiega Linia Wallace'a, która wyznacza rozdział między fauną i florą typową dla południowej Azji i klimatu równikowego, a fauną i flora zbliżona do Australii.


Od tej świątyni rozpoczęłyśmy naszą całodzienną wycieczkę dookoła Ubud - 8 km





Baruga - znajdują się wszędzie, miałam taką też przed domem

Na trasie mijałyśmy dziesiątki galerii



Ta świątynia była urocza,za każdym razem przysiadałyśmy na chwilę w barugach


Galeria w ogrodzie. Tutaj kupiłam obraz:)

Najlepsza galeria w jakiej byłyśmy, zajmowała cały dom

Obok naszego pokoju znalazłyśmy restaurację, w której żywiłyśmy się już przez cały czas. Jedzenie na Bali było przepyszne, zupełnie inne od tego na Lomboku, albo po prostu trafiłyśmy na utalentowaną kucharkę. Tutaj deser, zupa z czarnym ryżem i bananami, wbrew pozorom, wcale nie smakowała czekoladą


Świątynia Gunung Kawi - jedna z najpiękniejszych, otoczona polami, rzeką. Wybrałyśmy się wczesnym rankiem, jeszcze przed innymi turystami


10 kamiennych rzeźb, na cześć królewskiej rodziny z 11 wieku, do których prowadziło 270 stopni





Goa Gajah z jaskinią słonia (chociaż słonie w Indonezji, oprócz tych sprowadzonych na potrzeby turystyki, nie istnieją). Dostała nazwana tak, ponieważ wejście przypomina głowę słonia, odkryta przez Holendrów w 1923 roku

Basen z fontannami, odkryty dopiero w 1954





Uliczka prowadząca do naszego hostelu


Ogromny targ w miejscowości Semarapura - ilość sarongów, koców, była niesamowita. Kupiłam tutaj kocyk:)




Słodkości - kiedyś napisałam, że nie lubię tych ich galaretowato - puddingowych słodyczy. Ale jak to z wszystkim, co dotyczyło Indonezji na początku, polubiłam i to. Ulubione, to zielone pierożki, w których jest nadzienie kokosowe z brązowym cukrem, albo ciastowe bomby z pysznym syropem w środku. Tylko słodkości z nadzieniem durianowym są dla mnie niedozjedzenia, smakuje to po prostu jak cebula



Pura w Semarapuri



Gianyar i popołudniowo - wieczorny market. Dużo dobrego jedzenia...:)

Zamówiłam popularne tutaj babi guling - czyli wieprzowinę z smażoną skórą, warzywami i ryżem. Pikantne, ale smaczne i jadłam wieprzowinę pierwszy raz od wyjazdu z Polski

W Indonezji je się łyżką, a widelec jest pomocniczy. Noża nigdzie w takich miejscach jak warung (mały rumah makan), czy rumah makan (dosłownie dom jedzenia), nie podają, jedynie w restauracjach dla turystów podają nóż


Sate, czyli mięso pieczone na patykach. Do wyboru było z kurczaka, ryby z jajkiem i warzywami i wieprzowina. Ja najbardziej lubię, kiedy podają do tego sos orzechowy


Es Campur - czyli mieszanka tych kolorowych galaretek, nigdy nie próbowałam

Bakso - mięsne kulki. Na Bali budek z bakso było o wiele więcej niż na Lomboku. Nigdy nie jadłam tego, ale słyszałam , że jest okropne

Bungus - tak z tym rejonie nazywany jest jedzenie zapakowane w papier (na wynos). Najczęściej jest to nasi campur



Brem - wino ryżowe, a raczej zwykły jabol z ryżu. Tutaj w było bardzo dobre. Na Lomboku można było dostać tylko w dzielnicy hinduskiej. Przed kupieniem, Pani dawała posmakować z każdej butelki i można sobie było wybrać. Potem przelewała je do plastikowego woreczka, zazwyczaj smak był taki ledwo do przełknięcia:)

Bihun Goreng - makaron z ryżu z warzywami - w naszej restauracji był bardzo dobry. To samo jadłam zazwyczaj na śniadanie na Lomboku

Sate kupione w drodze do świątyni na północy Bali - tutaj podane w pysznym sosie orzechowym

Tablica przy świątyni:)

Pura Ulun Danu Bratan - otoczona przez jezioro. Chwilę po przyjeździe, zaczęło strasznie padać




Sideman road - trasa którą jechałyśmy do świątyni Pura Besikah - po drodze mijałyśmy piękne widoki







Po 50 godzinach w podróży, 4 samolotach, 2 pociągach - jestem w domu. Zimno tu.

2 komentarze:

  1. masz świetnego bloga! zazdroszczę wyjazdu i obserwuję! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak miło powspominać Indonezję :) W październiku byłam na 4 wyspach, na Bali trafiłam na końcu z myślą, że skoro poprzednie były takie cudowne, a Bali takie turystyczne to pewnie mi się nie spodoba. Ale wsiąknęłam całkowicie w ten hindusko - artystyczny świat. A sos orzechowy to jakiś kosmos. Przywiozłam sobie wszystkie składniki, żeby zrobić w domu, ale oczywiście nie potrafię tego tak dobrze powtórzyć.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...