F

sobota, 29 października 2011

Welcome honey in my paradise

Od poniedziałku do środy mam szkołę, nic ciekawego się nie wydarzyło, bo zjadł mnie ogromny ból głowy i to taki, że nie byłam w stanie podnieść łba (żeby głowa się nie powtarzała). Ach miałam "egzamin" w poniedziałek, nie było tak źle, bo zdałam na 88%, co jest zadziwiająco dobrym wynikiem z uwagi na to, że od czterech tygodni posługuję się jedynie sprawdzonymi zdaniami: Saya mahasiswa - Jestem studentką, Saya belajar Bahasa Indonesia UNRAM - Uczę się indonezyjskiego na UNRAM , dari Polandia - z Polski, Berapa harganya? - Ile to kosztuje?, Mahal - drogie, Belum menikah - niezamężna - jeszcze lub sudah menikah - zamężna - już (w zależności od okoliczności).

W czwartek za to stwierdziłam, że pora poćwiczyć surfowanie, skoro znajduję się w raju do tego. Pojechałam rowerem o godzinie 7 rano do Sengiggi, myślałam, że umrę po drodze i przeklinała siebie po drodze (ale potem był satysfakcja),bo znienacka 5 minut po moim wyjeździe z domu, zrobiło się 40 stopni i w dodatku do pokonania miałam 7 wzniesień, podobnych wielkością do tych z San Francisco. Dojechałam po godzinie.. (około 25km), fale były, ale nie było gościa od sprzętu, położyłam się więc, popływałam i jak już po 30 minutach stwierdziłam, że czas do domu, bo jest za gorąco na plażę, przyszedł. Surferem, to ja raczej nie będę, nie żebym nie umiała utrzymać się na desce przez 5! sekund, ale mnie jakoś to nie kręci.. chyba za leniwa jestem, słyszałam tylko "paddle! paddle!now! big wave! Better (to moje imię ich zdaniem) paddle! - dla mamy i taty - paddle - wiosłować, big wave- duża fala, better- lepiej, ale tutaj za dużo tłumaczenia).
Piątek! - Wycieczka do dwóch wodospadów w centrum wyspy. Tutaj jadąc gdziekolwiek, lepiej nie opierać się na mapie, która jest użyteczna, ale w przypadku małych miejscowości, trzeba pytać co chwilę o drogę miejscowych. Nie ma znaków, że tutaj zaczyna się taka wioska, a taka, większość trasy to połączone ze sobą wioski, rzadko zdarza się, aby na trasie była przerwa w zabudowie. Na poboczu stoją drewniane sklepiki z owocami, słodyczami, ryżem i paliwem. Można zatankować na stacji, ale gdy zabraknie niespodziewanie paliwa na trasie, można kupić je z butelki (5000 rupii - 1,5zł), takie punkty stoją co 100 metrów albo i częściej, nawet na największym zadupiu można znaleźć stoisko z paliwem (muszę zrobić zdjęcie).
Wodospady znajdowały się u podnóża wulkanu Rinjani. Przejeżdżałam przez wioskę Aik Bukak, którą mogłabym nazwać wioską dzieci. Przez całą drogę, widziałam może 2 dorosłych. A to oznacza, że nie nadążyłam z odmachiwaniem. W miejscach takich jak Sengiggi, Kuta czy Gili, nie wzbudzam zbyt dużego zainteresowania, ale już we wszystkich mniej turystycznych, mimo, że jadę z nieprzyzwoicie dużą prędkością, wypatrzy mnie każdy. W jednej sekundzie dociera do mnie " Hello Mister" "Where are you from" "Where are you going". Nawet w Mataram tak się dzieje, co mogłoby się wydawać dziwne, bo to przecież stolica wyspy, ale nie ma tutaj zbyt wielu bule (tak nazywają białych). Mataram jest też bardzo muzułmańskie, mam wrażenie, że bardziej niż pozostałe miejsca na wyspie. No i z tego powodu nie mogę sobie na przykład wyjść na ulicę w bluzce na naramakach i szortach, mimo, że jest 40 stopni. Wracając do drogi do wodospadów, widoki były jak zwykle przepiękne.. wzgórza, pola, palmy, wijąca się droga, mijane kobiety z koszami na głowach i dziećmi pod pachami, mężczyźni wybierający się do meczetu na modlitwę, dzieci bawiące się przy ulicy i podskakujące z rękami do góry, na mój widok. Na miejscu, jeszcze przed wodospadami, był parking, opłata 5000 rupii i mogłam wjechać motorem lub przejść się. Przewodnik kosztował 30 000 rupii, po małej rozmowie 20 000, no ale bez przesady... No i poszłam. Nigdy, ale to nigdy więcej nie pójdę do dżungli bez motoru! Pomyliłam drogę, źle skręciłam, szłam sobie wśród drzew, szelestów, lian z wyskakującymi małpami nad głową, przez jakieś 20 minut i jak już straciłam nadzieję, że to dobra droga wróciłam na parking. Powiedziałam chłopakom z parkingu, że pomyliłam drogę i że pojadę tam motorem jednak, jeśli mi wytłumaczą jak. No i mały przewodnik (1,60m), powiedział, że jest mu źle z tym, że się zgubiłam i zawiezie mnie za darmo. Pierwszy wodospad był przepiękny, woda spadająca z kilku miejsc, małe i duże strumienie, do tego kamienne schody prowadzące do nich. Mały przewodnik, pochwalił się, że jest również fotografem (?) i zrobił mi kilka zdjęć, między innymi scena "ja pod prysznicem". Woda był strasznie zimna, ale przyjemna przy takim upale. Potem pojechaliśmy nad drugi wodospad, już nie tak duży. Mały przewodnik (Aldir), zdążył już mnie zapytać o numer telefonu, czy mam chłopaka, powiedział mi, że wyglądam ja anioł spadający z nieba, że jestem piękna (jeśli jakaś brzydka blondynka czuje się niedowartościowana, to zapraszam do Indonezji), że on będzie moim lombkowym bratem, że sprzedaje warzywa na targu od 4 do 7 rano i że ugotuje mi nasi goreng. Po drodze śpiewał "welcome honey in my paradise" (dla mamy i taty - witaj kochanie w moim raju). Teraz boję się pojechać na targ.
Sobota!- Sobota była jednym z moich najlepszych dni tutaj. Pojechałam na południe w kierunku Kuty, po drodze zahaczając o sklep z ręcznie robionymi miskami, wazonami z kultury Sasak. Listę życzeń, proszę w komentarzach, podkreślam tylko, że nawet mały talerz jest bardzo ciężki. Drugi sklep był z "batik" czyli malowidłami na płótnach - było jednak zbyt ciemno, na zdjęcia. Moim celem było objechanie wybrzeża na zachód od Kuty, gdzie według Lonely Planet są przepiękne plaże. W Kucie wykąpałam się tylko i ruszyłam dalej, moim celem była restauracja ASTARI , opisywana jako Numer 1. Sama Kuta, to ulica nad wybrzeżem, z restauracjami, uroczymi domkami, hotelikami, nie jest tutaj turystycznie, raczej spokojnie i ciężko kogoś wypatrzeć na drodze, czasami mijał mnie surfer ze swoją deską podpiętą z boku. Restauracja znajduje się na wzgórzu... a droga tam (przepraszam za wyrażenie) jest kurewsko dziurawa i kamienista. Ale warto było. Prowadzona przez Australijczyka, już na wejściu robiła wrażenie, piękne kwiaty, spokojna muzyka, w środku wielkie okno i taras z widokiem na Ocean Indyjski, poduszki, stoliczki. Zamówiłam focaccie z sałatką i serem, a do tego kokosowo-czkoladowego shaka. Mój żołądek, powiedział dziękuje i ruszyłam dalej na zachód, moim celem była plaża w Mawun. Droga przez jakiś czas składała się z dziur z kawałkami asfaltu, co jest i tak moim zdaniem lepsze niż żwir z kamieniami wielkości pięści. Ale widoki były super, po prawej wzgórza, po lewej ocean a z przodu stado byków, kobieta z rybami, chłopiec na rowerze, dzieci, dzieci, dzieci - wygląda na to, że nie pojawia się tutaj zbyt dużo bule, bo znowu zaczęły do mnie machać. Plaża w Mawun, no piękna, poleżałam na wodzie z 15 minut, z 15 na plaży, prawie sama, nikt nie próbował mi niczego sprzedać. Dalej pojechałam do Selong Belanak, którego plaża jest dla mnie numerem 1 (który to już?). Piękne miejsce, mogłabym tam siedzieć całymi dniami i pisać wiersze, gdybym umiała. Szeroka plaża z białym piaskiem, kilku lokalnych chłopców grających w piłkę, gdzieś umknął surfer z deską, a ja musiałam jechać do domu, żeby zdążyć przed zachodem słońca.

Droga do Aik Bukak





Znajdź 10 małp














Przed wejściem do restauracji, opłukałam stopy z piasku. W tym wielkim dzbanie jest na dole dziurka, zatkana korkiem

Przed wejściem do każdego domu, należy ściągnąć buty

Widok z tarasu


Mniam

Kuchnia wyglądała uroczo














Plaża w Selong Belanak



2 komentarze:

  1. Jesteśmy z Ciebie dumni,że jesteś w tak pięknym miejscu i co tydzień nie mogę się doczekać co ciekawego napiszesz.Ciocia Lidka

    OdpowiedzUsuń
  2. Widoki bajeczne ja bym się nie odważyła na taką daleką podróż!!Podziwiam i pozdrawiam Monika Makowska ( Stencel)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2015 Before Sunset
| Distributed By Gooyaabi Templates