F

poniedziałek, 17 października 2011

Hati-Hati

No i mam pierwsze trzęsienie w swoim życiu, za sobą. Siła 6.0 w skali Richtera. Siedziałem akurat przy ogródku, kiedy cały dom zaczął się poruszać, miałam wrażenie, że jestem na wodzie. Okna zaczęły się uchylać, a naczynia w kuchni lekko dzwonić, trwało to kilkanaście sekund.

Zmieniły się trochę moje plany i nie wyprowadzam się jednak z Mataram, więc świeży soczek z owoców i poranny wyjazd na targ zostaje. Cały czas mam ochotę próbować nowych rzeczy do jedzenia, ostatnio kupiłam kolorową galaretkę w paski. Takie galaretowate, kolorowe rzeczy są tutaj bardzo popularne i sprzedawane w rożnych postaciach i kolorach. Spróbowałam i nie kupię już więcej, jest to bardzo słodkie i takie papkowate. Miałam zamiar kupić na targu duriana, owoc, który śmierdzi strasznie cebulą. Nie kupiłam go jednak, ale za to kupiłam pączka z durianowym nadzieniem. Pierwszy gryz i myślałam, że zwymiotuję... włóżcie sobie cebulę do pączka, a wcześniej ją jeszcze zmiażdżcie, żeby wydawała więcej zapachu, to będzie prawie jak pączek z durianem. Ogólnie, to chodzą tu cały czas głodna (oprócz poranków kiedy ostatnio kupuję naleśnika z czekoladowo, truskawkowo, serowym nadzieniem lub inne kombinacje). Podstawą każdego dania jest tutaj ryż (nasi), można go też wymienić na smażony makaron (mie), podawane jest to najczęściej z warzywami, kiełkami, takimi karmelowymi batonikami i wszystko to jest strasznie pikantne. Bardzo smakują mi tutaj zupy, które maja w sobie więcej dodatków niż samej wody i są bardzo aromatyczne, podawane z ryżem lub ... właśnie muszę sobie przypomnieć tę nazwę, jest to rodzaj ryżu gotowanego w liściach. Brakuje mi jednak czegoś, w co mogłabym naprawdę się wgryźć, jak super dużej kanapki z serem, szynką, pomidorem, ogórkiem, czy zwykłego schabowego. Tutaj króluje kurczak lub wołowina i tez jest to zwykle bardzo pikantne. Ale chyba nigdy wcześniej nie odżywiałam się tak zdrowo, zero chleba, masła, tylko głównie owoce... mmm świeży sok z arbuza, mango lub ananasa, czy kokosa, warzywa, no i ryż.
Postanowiłam pokręcić się trochę po Mataram, żeby zrobić zdjęcia budek z jedzeniem, ludzi, psów (tutaj jest chyba tylko jedna rasa, wszystkie wyglądają tak samo!), ale tempo na drodze, skuter, aparat gdzieś tam w torbie, powodują, że się nie da. Wybrałam się się do handicraft center przy Mataram... dojechałam nie do tego, którego chciałam, co nadrobię, ale i tak było fajnie. Rzeźbione meble, witraże, miski, kubki, pudełeczka, szale, torebki, wszystko bym chciała mieć. Było trochę za ciemno na zdjęcia niestety, ponieważ wszystkie te rzeczy były porozstawiane w domach. Jeden należał do pewnej Angielki, która już tam mieszka od lat, a jej mąż jest Indonezyjczykiem. Kupiłam coś u niej (Micha dla ciebie heh)i wypatrzyłam, że na podwórku ma pełno kogutów, słychać je tez było. Okazało się, że mają ich 60!!! Mąż siedział między nimi i dwa z nich akurat walczyły ze sobą. Zapytałam się o walki ( są tutaj nielegalne), podała mi numer telefonu i obiecała, że napisze do mnie jak będą się szykować na jakąś:).
W piątek pojechałam niezbyt daleko, kawałek na wschód, do Suranadi i Seasot, gdzie widziałam hinduską świątynię, swimmingi poole, małpy, przeszłam się po parku-dżungli, gdzie pan sprzedający bilety (nie mówił po angielsku) pokazał mi mapę, potem wskazał na psa przed domem, potem na mapie pokazał palcem pewne miejsce i powiedział big, przy czym zrobił figurę oznaczającą coś dużego i znowu wskazał na psa. No to już się prawie posikałam, ale wyjęłam słowniczek i pokazałam mu dangerous, pan z uśmiechem odpowiedział no, no problem i znowu pokazał na psa, zrobił groźnie wyglądającą figurę i powiedział big. Fajnie. Poszłam więc w las, pięknych widoków nie było, ale dźwięk chyba miliona świerszczy, który wrzynał się w ucho robił wrażenie, powyginane drzewa, liany i mega liście, też. Tak sobie chodziłam przez jakiś czas, aż zobaczyłam na drodze dwa psy, które szczeknęły i uciekłam do wyjścia.
Obok tego parku jest świątynia hinduska i baseny z wodą, przy czym basen z wodą to kamienny zbiornik, połączony z rzeką, w którym miejscowi kąpali się, prali itd.
Dalej pojechałam do Seasot, gdzie znajdują się też baseny. Urocze jest to miejsce. Dzieci skaczące do wody, kobiety robiące pranie albo myjące swoim córkom długie włosy. Byłam jak zwykle wielką atrakcją, im więcej dzieci, tym więcej szumu wokół mnie. Mister! Mister! How are you? What your name! Chciałabym móc zrobić im wszystkim zdjęcia, albo ludziom, kiedy widzę na przykład kobietę niosącą banany na głowie i mającą zawinięte w chuście dziecko po boku, albo leżących pod zadaszeniem mężczyzn, ale jakoś brakuje mi odwagi. Nie brakuje mi jej za to jak jadę na skuterze, w życiu nigdy bym nie pomyślała, że będę pruć na skuterze po Indonezji, na wyspie i to po lewej stornie! cheers!

Galaretowate potwory, ale innym smakują


Mój pyszny naleśnik, ten akurat z serem, truskawkami i czekoladą



Kadzidełko na kwiatach paliło się cały czas, a Pani doglądała czy wszystko jest ok
















Chciałam skorzystać z toalety, ale jak zobaczyłam w środku małpę.. no to się jakoś zniechęciłam



Orzechy suszyły się przy drodze

Seasot i baseny







Durian





1 komentarz:

  1. o kurcze Bea! jakie te foty są... magiczne i nieco surrealistyczne dla nas;) no może z wyjątkiem toalety:P:P najfajniejszy liść;) a żarełko wygląda megasmacznie:)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2015 Before Sunset
| Distributed By Gooyaabi Templates